Sajgon na oswojenie z Wietnamem

„200 tysięcy? Miało być 280” – oburza się pyzaty taksówkarz, który przywiózł nas z lotniska w Ho Chi Minh pod nasz hotel. „Nieprawda. Umawialiśmy się na 200” – odpowiadamy. Nasz przewoźnik nie ustępuje i domaga się dopłaty. Na szczęście do samochodu podchodzi nowy klient, którego biała twarz zdradza zagraniczne pochodzenie. Nasz szofer znalazł kolejnego jelenia, więc macha ręką na rzekome 80 tysięcy dongów i odjeżdża z nowym turystą. Rozglądamy się wokół siebie. Na rozłożonych tuż obok wejścia do naszego hotelu pryczach śpi kilkuosobowa rodzina. Kilkadziesiąt metrów dalej chudy, stary Wietnamczyk drzemie na skuterze. Ulica pogrążona jest w ciemnościach i tylko przebiegający w poprzek jezdni szczur nie ma ochoty na sen. W powietrzu unosi się zapach jeszcze niedawno gotowanego na chodniku jedzenia – gryzoń pewnie liczy, że coś dla niego zostało. Meldujemy się w hotelu. W pokoju uderza nas woń stęchlizny, a oczom ukazuje się kilkudziesięciocentymetrowy grzyb na ścianie. Zapowiada się… Sajgon.

Ho Chi Minh to największe miasto w Wietnamie, które wraz z aglomeracją szacowane jest nawet na 9 milionów mieszkańców. Po zwycięskiej przez komunistów z Północy wojnie, wizytówka Wietnamu Południowego została w 1976 roku przemianowana na cześć narodowego bohatera i przywódcy – oficjalnie Sajgon przestał istnieć. Narodził się Ho Chi Minh City. My jednak częściej używaliśmy pierwotnej nazwy, która zdecydowanie odzwierciedla charakter miasta. Po pobycie w największej wietnamskiej metropolii, powiedzenie „Ale Sajgon!” nabrało bowiem dla nas sensu. Dawna stolica Wietnamu Południowego to miasto o wielu twarzach, które może zaskakiwać urokliwą, kolonialną architekturą, a kilka minut później straszyć rozłożonymi na ulicy bezdomnymi i śmieciami porzuconymi na chodnikach po rodzinnych biesiadach do późnych godzin wieczornych. Im większy syf, tym lepsza musiała być uczta. W Ho Chi Minh można spotkać fantastycznych miejscowych, którzy bezinteresownie pomogą Ci w podróży, a za chwilę stracić telefon lub torebkę wyrwane przez zręcznego kierowcę skutera. Trudno pokochać to miasto od pierwszego wejrzenia, ale im więcej czasu się tu spędza, tym bardziej chce się tu pozostać. Jeśli macie mało czasu na zwiedzanie Wietnamu – zobaczcie przynajmniej naznaczony trudną historią Sajgon.

Ofiary wojny

Zwiedzanie Ho Chi Minh najlepiej zacząć od Muzeum Pozostałości Wojennych, które pozwala spojrzeć na wojnę w Wietnamie z perspektywy zwycięskich komunistów. I choć nie brak tu propagandowych opisów np. o tym, jak cały świat solidaryzował się z okupowaną przez imperialistów amerykańskich ludnością wietnamską, nie brakuje też zdjęć dokumentujących zbrodnie wojenne.

Powiedzmy o tym najsłynniejszym:

Wyrok na żołnierzu Wietkongu

Fotograf Eddie Adams twierdził, że tak naprawdę śmierć ponieśli obaj bohaterowie tego zdjęcia – Nguyễn Văn Lém, zastrzelony członek Wietkongu, partyzantki komunistycznej w Wietnamie Południowym, ale także Nguyễn Ngọc Loan – szef policji w Sajgonie, który wykonywał wyrok. Pierwszy zginął od kuli, drugi symbolicznie – od migawki aparatu. Fotografia obiegła cały świat, a ten który strzelał, został publicznie potępiony. Zastrzelił wszak bezbronnego, nieumundurowanego człowieka. Ale czy rzeczywiście ofiara była niewinna? Komunistyczny partyzant kilka godzin wcześniej zabił podpułkownika armii Wietnamu Południowego Nguyena Tuana i całą jego rodzinę, włącznie z 80-letnią matką. Napad przeżył jedynie 10-letni syn. O tym zdarzeniu nie dowiemy się oczywiście z opisu zdjęcia w Muzeum Pozostałości Wojennych. Lém jest tu przedstawiony jako patriota i bohater. Czy jednak mając wiedzę  o popełnionej przez niego zbrodni, nadal można potępiać szefa sajgońskiej policji, który dokonuje samosądu na ulicy po udanej obławie na przestępcę? Z pewnością nie ma łatwej odpowiedzi.

Tłem każdego ze zdjęć w muzeum jest podobna historia, którą – aby zachować rzetelność – należałoby opowiedzieć z perspektyw obu stron konfliktu. Niezależnie jednak od przyjętej optyki obie są zwykle przesiąknięte tragizmem. Skutki działań wojennych są widoczne do dzisiaj na ulicach Sajgonu, choć nie tyle w zniszczonych obiektach (te w ciągu ostatnich 40 lat zostały skutecznie odbudowane), co w spotykanych ludziach. Mijaliśmy wielu mężczyzn bez ręki lub nogi, próbujących normalnie funkcjonować w społeczeństwie lub żebrzących na chodnikach Ho Chi Minh. Najbardziej przygnębiające były jednak obrazy ofiar broni chemicznej stosowanej przez Amerykanów, tzw. „Agent Orange”, napalmu służącego niszczeniu upraw. Według źródeł wietnamskich toksyna zatruła organizmy od 2 do 4 milionów Wietnamczyków, co wydaje się wiarygodną informacją, skoro amerykański Wall Street Journal w 1997 napisał, że nawet pół miliona dzieci w Wietnamie Południowym urodziło się ze zdeformowanymi kończynami w wyniku zatrucia pomarańczowym czynnikiem. Wielu z nich żyje do dziś zwłaszcza w Sajgonie i okolicach – bez oczu, ze zwyrodnionymi stawami, bez nóg lub rąk. Co gorsza, są oni pozostawieni sami sobie – w teorii opiekuńcze socjalistyczne państwo, w praktyce nie troszczy się o swoich obywateli. Źródłem dochodu są dla nich sajgońskie ulice, gdzie biedni Wietnamczycy otwierają swoje mikrobiznesy, a ci mniej przedsiębiorczy po prostu żebrzą. Ofiary wojny nie mogą liczyć też na pomoc Amerykanów, którzy wciąż nie wypłacili nawet dolara odszkodowania dla cywilów pokrzywdzonych w wyniku zakażenia „Agent Orange”.

Jeden z amerykańskich czołgów w Wietnamie

Jeden z amerykańskich czołgów w Wietnamie

Przedsiębiorczy Wietnamczycy

Paradoksalnie europejskie kraje, które tak stanowczo odcinają się od socjalistycznych ideałów, w praktyce są znacznie bardziej opiekuńcze niż rząd Wietnamu, który nie zapewnia rozbudowanej opieki socjalnej swoim obywatelom. Na szczęście Wietnamczycy nie załamują rąk – gdy władza nie pomaga, trzeba być przedsiębiorczym. Handel na ulicy kwitnie – działają mikrorestauracje, uliczne zakłady fryzjerskie, kawiarenki, chodnikowe butiki odzieżowe, ale także riksze i kramiki ze smakołykami…

Macie ochotę na świeży sok owocowy?

A może świeżo zaparzona kawka w ulicznej kawiarni?

A może na aromatyczną kawkę w ulicznej kawiarni?

Lokalne smakołyki

Lokalne smakołyki – prawda że wyglądają apetycznie?

Dumny sprzedawca pączków

Dumny sprzedawca pączków

Salon fryzjerski - uwaga: wyłącznie męski

Salon fryzjerski – uwaga: wyłącznie męski

Nie sposób sobie odmówić przejażdżki rikszą...

No i oczywiście konieczna przejażdżka rikszą!

Bez wątpienia można się uczyć od Wietnamczyków zapału i entuzjazmu do pracy. Zwykle są uśmiechnięci i wydają się zadowoleni z życia. Nie są też przesadnie napastliwi, choć przecież marzą o tym, żeby dokonać transferu środków z portfeli turystów do swoich skarbonek. Oczywiście musicie uważać, bo w Wietnamie bardzo często ktoś Was spróbuje z uśmiechem na twarzy oszukać, żeby zarobić parę tysięcy dongów więcej.

Zachowajcie wzmożoną czujność, gdy macie kontakt z poniższymi grupami zawodowymi. 😉

Taksówkarze – to oczywiście standard na całym świecie. W Wietnamie nie ufajcie taksometrom, bo kwota na liczniku potrafi rosnąć zaskakująco szybko. Warto umówić się od razu na ostateczną kwotę i jeszcze raz ją potwierdzić, zanim rozpoczniecie kurs.

Rikszarze – zamiast zawieźć nas do Pagody Jadeitowego Cesarza w Ho Chi Minh, zabrali nas do zupełnie innej świątyni, Xá Lợi, mieszczącej się znacznie bliżej. Byli zaskoczeni, kiedy zdemaskowaliśmy ich spisek. 😉

Sprzedawcy (wszyscy – łącznie z tymi ze sklepów spożywczych) – gdy coś kosztuje 10000 dongów, spodziewajcie się usłyszeć cenę 30000 dongów np. za puszkę Coli. Warto powiedzieć, że za drogo. Zwykle opuszczają cenę, choć pewnie i tak marża jest wyższa niż dla Wietnamczyków.

Nawet jeśli zaakceptujecie fakt, że jako turyści zapłacicie czasami drożej, nie zgadzajcie się nigdy na pierwszą cenę – jest ona prawie zawsze zawyżona. Z drugiej strony nie martwcie się jakoś szczególnie – Wietnam jest bardzo tani, więc nawet przejazd taksówką z kierowcą, który chce Was oszukać, nie skończy się katastrofą. Zapłacicie np. 60000 dongów więcej za przejazd z lotniska czyli stracicie w przybliżeniu jakieś 10 złotych.

Sajgon po francusku

Ratusz w Sajgonie

Ratusz w Sajgonie

Centrum Ho Chi Minh czyli tzw. Dystrykt 1 to najstarsza dzielnica, która pamięta czasy kolonialne. Francuzi osiedlali ją od 2 połowy XIX wieku, a w czasach międzywojennych stanowili nawet 10% mieszkańców. Podobno z najstarszymi mieszkańcami Sajgonu łatwiej porozumieć się po francusku niż po angielsku.

Po Francuzach zostały stare zdjęcia torturowanych Wietnamczyków i gilotyna (francuski wszak wynalazek) przewidziana dla najbardziej niepokornych. Kolonialiści doczekali się osobnej sali w sławnym Muzeum Pozostałości Wojennych. Na szczęście oprócz terroru smakosze żab wnieśli też pozytywny wkład w architekturę miasta. Wybudowali piękny ratusz, budynek poczty, operę i Katedrę o oryginalnej nazwie Notre-Dame, do której wszystkie materiały były sprowadzane z Francji. Będąc w Sajgonie, nie sposób ominąć tych miejsc.

Budynek poczty w Ho Chi Minh

Budynek poczty w Ho Chi Minh

Katedra Notre Dame

Katedra Notre Dame

A gdy zgłodniejecie po spacerze w centrum miasta, zajrzyjcie do restauracji Pho 2000, gdzie serwowana jest narodowa zupa Wietnamczyków, na którą oprócz nas skusił się sam Bill Clinton, będąc z wizytą w Ho Chi Minh. Wbrew pozorom nie zaznacie tam luksusu – klimat  w środku raczej przypomina stołówki z ośrodków wypoczynkowych na Mazurach. Nam smakowało. Sądząc po uśmiechu byłego prezydenta USA, też był zadowolony.

Pho 2000 - czyli wietnamski rosół na dwa tysiące sposobów ;)

Pho 2000 – kultowe miejsce z wietnamskim rosołem serwowanym na dwa tysiące sposobów 😉

Bill Clinton tuż po posiłku... lub tuż przed

Bill Clinton tuż po posiłku

Sajgon – okupowane miasto

Sajgon to miasto obowiązkowe dla wszystkich turystów w Wietnamie. Zobaczycie w nim ślady pełnej przemocy historii kraju – tylko w XX wieku okupowanego przez Francuzów, Japończyków i Amerykanów, z których wszyscy dopuszczali się okrutnych zbrodni na miejscowej ludności. Pewnie nie ma Wietnamczyka, którego rodzina nie ucierpiałaby w czasie jednej z wielu wojen. Mimo to na gwarnych ulicach Ho Chi Minh spotkać można prawie wyłącznie pozytywnie nastawionych, przyjacielskich i uśmiechniętych mieszkańców, którzy próbują żyć szczęśliwie, nawet jeśli noc spędzają bez dachu nad głową.

A propos nocy, po całodniowym skwarze warto odpocząć w jednej z licznych knajp przy ulicy Bùi Viện, przy której puby i kluby wyrastają jeden obok drugiego. Wybierając stolik przy ulicy, spodziewajcie się licznych kontaktów z walczącymi o godne życie ulicznymi sprzedawcami. Zwykle w podobnych okolicznościach bez skrupułów odmawiamy, ale po zaznajomieniu z tragiczną historią lokalnej społeczności, poważnie rozważamy, czy nie kupić od nich kawałka suszonej ryby, która być może jest jak Sajgon – lepiej smakuje niż wygląda.

 

 

 

4 myśli nt. „Sajgon na oswojenie z Wietnamem

  1. Jestem dzisiaj po czterech dniach w Sajgonie i potwierdzam, że wszystko napisane powyżej jest prawdą. Sajgon jest bardzo ciekawym miastem. Oprócz distryktu 1 zwiedziłem także dystrykt 7. Ta część miasta to prawdziwa Europa. Piękne, szerokie ulice, chodniki, restauracje, domy mieszkalne i centra handlowe zbudowane przez Singapurczyków. Znajduje się tam również centrum targów międzynarodowych SECC. Generalnie zobaczycie w Sajgonie wiele kontrastów, ale miasto wykonało duży skok cywilizacyjny. Jednak kontrasty są znacznie mniejsze niż w Dżakarcie. I jeszcze jedna sprawa – kolonialny i nowoczesny dystrykt 1 jest do zwiedzenia w jeden dzień. Za bardzo przyzwoity hotel bez grzyba Roseland Inn zapłaciłem 150 PLN/noc. Jeszcze jedna sprawa, która rzuciła mi się w oczy – na każdym rogu ulicy siedzą tak zwani OCHRONIARZE. Mają wszystko na oku i o wszystkich wszystko wiedzą. Dla turystów nie mają żadnego znaczenia, ale są przedłużeniem sekuritate niezłomnej wietnamskiej partii komunistycznej w odniesieniu do miejscowych mieszkańców.
    I jeszcze ostatnia sprawa – nie kupiłem sobie ani pamiątkowej czapeczki ani t-shirta. Przewaznie mają namalowaną czerwoną gwiazdę lub wizerunek komunistycznego zbrodniarza Ho Chi Minha, czego nie toleruję.

Dodaj komentarz