Na kosowskiej granicy

Prisztina nie jest najpiękniejszą stolicą europejską. Niektórzy powiedzieliby, że w ogóle nie jest miastem stołecznym, bo „Kosowo je Srbija”. My jednak nie mieliśmy specjalnych dylematów – uznaliśmy, że to stolica, skoro polski rząd jako jeden z pierwszych na świecie w lutym 2008 roku uznał niepodległość tego państwa. A skoro tak, chcąc zwiedzić wszystkie stolice państw europejskich – miasto automatycznie trafiło na naszą listę miejsc do odwiedzenia.

Pierwsza próba się nie udała. Pojechaliśmy z dowodami osobistymi, zakładając, że granica macedońsko-kosowska będzie raczej przypominała tę w Nikozji, gdzie celnik w budce na granicy między Cyprem Południowym i Północnym myśli raczej o tym, na jaką plażę ucieknie w weekend przed gorącem, a nie czy ktoś niepowołany przedrze się na „niewłaściwą” stronę Cypru. W Kosowie nie ma plaż, więc celnicy podchodzą do pracy poważniej.

– Gdzie Wasze paszporty?

– W Polsce. Ale mamy, naprawdę, proszę nam wierzyć. Poza tym na stronie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych była informacja, że do Kosowa można z dowodem osobistym wjechać – pomimo tak przekonujących argumentów ciemnowłosa celniczka pozostawała niewzruszona. Wtedy przypomniałem sobie o wizycie w Dubrowniku kilka lat wcześniej. Na granicy między Chorwacją a Bośnią i Hercegowiną bośniacki celnik poprosił o Zieloną Kartę, której oczywiście nie posiadaliśmy, bo plan podróży nie przewidywał wizyty w Dubrowniku. Przekonaliśmy go jednak, żeby nas wpuścił na teren Bośni, tłumacząc, że bez przesady – od powrotu na teren Chorwacji dzieli nas tylko 9 kilometrów i że bierzemy ryzyko na siebie. Do dziś nie wiem, jak to możliwe, ale po chwili zawahania stwierdził:

– No dobra, jedźcie.

Na kosowskiej granicy nasze argumenty, że jedziemy tylko na parę godzin nie zadziałały. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nasz rząd miał rację, uznając niepodległość tego dzielnego kraju. Państwo, które strzeże granic niczym polska straż graniczna swoich lewych interesów w Bieszczadach (nie oskarżam, ale oglądałem „Watahę”, więc co nieco wiem na ten temat), musi zasługiwać na niepodległość.

– Dobra, Polaki. Muszę was tu zostawić – z letargu wyrwał nas kierowca autobusu do Prisztiny.

– I co teraz? Jest tu jakiś autobus powrotny do Skopje?

– To jest granica a nie przystanek autobusowy. Ludzie zwykle mają przy sobie dokumenty – próbował odpowiedzieć kierowca, ale ze względu na barierę językową wzruszył jedynie ramionami. Marcin i Marta, którzy podróżowali z nami do Kosowa, pomachali do nas z autobusu i ruszyli w dalszą podróż. My odwróciliśmy się na pięcie i ruszyliśmy pieszo w stronę Skopje. Na szczęście już pierwszy samochód osobowy zatrzymał się, gdy próbowaliśmy złapać stopa.

– Skopje? Pewnie! Wsiadajcie. Zawiozę was. – uff, wsiedliśmy do środka. – Za 5 euro – uzupełnił nasz wybawca.

Dodaj komentarz