Na lodach z Quentinem Tarantino

Hollywood – fabryka snów. Tu możesz spotkać George’a Clooneya, gdy uprawia poranny jogging, a Julia Roberts kupuje przed tobą bagietkę w piekarni. Tak to sobie wyobrażaliśmy, ale chcieliśmy zweryfikować, czy rzeczywistość nie jest czasem inna. Konsumując pierwszego amerykańskiego burgera, spytaliśmy kelnerkę, czy często spotykają znanych aktorów.
– Kiedyś widziałam Angelinę Jolie z dziećmi na spacerze – odpowiedziała.
– Ja widziałam Aleca Baldwina – dodała druga.
– A my jesteśmy tu pierwszy dzień i przed chwilą zrobiliśmy z siebie idiotów przed Quentinem Tarantino – powiedziała Basia. Posłuchajcie.


Hollywood nie powala. Jest aleja gwiazd, jest Dolby Theatre, w którym co rok wręczane są Oskary, jest widok na słynny napis na wzgórzu. Są sklepy z pamiątkami i Spiderman z Batmanem na ulicy, którzy codziennie znajdą setki turystów gotowych, żeby zapłacić 10 dolarów napiwku tylko po to, żeby zrobić sobie głupie zdjęcie.


Postanowiliśmy więc dość szybko opuścić Bulwar Hollywood i pójść pieszo na wzgórze Griffitha. Obecnie znane jest przede wszystkim z La La Land, ale przez te wszystkie lata naprawdę wiele filmów powstało w tej scenerii. To przy planetarium na wzgórzu walczył na noże James Dean w Buntowniku bez powodu, a dziś można w tym miejscu zobaczyć pomnik aktora.


Gdy mijaliśmy lodziarnię Baskin-Robbins w drodze na wzgórze, Basia stanęła jak wryta.
– Patryk, tam siedzi Quentin Tarantino.
Rzeczywiście, za oszkloną witryną dość obskurnie wyglądającej lodziarni siedział reżyser Pulp Fiction, pił shake’a lodowego i dyskutował zawzięcie ze szczupłą latynoską. Cyknąłem fotkę z ukrycia wbrew wrodzonemu wyczuciu dobrego smaku, które podpowiadało: „nie rób tego”. Odeszliśmy kilka kroków.
– Co robimy? – zapytała Basia.
– No jak to co robimy. Co mamy robić?
– Chcesz z nim pogadać?
– Absolutnie. Co mu powiem?
– Powiesz, że studiowałeś filmoznawstwo, że pisałeś pracę magisterską o Tarantino i że to dla ciebie wielka sprawa spotkać go na żywo.
Pracę magisterską pisałem o Jean-Pierre’u Melville’u, ale faktycznie nazwisko Tarantino pojawiło się w niej ze dwa razy, więc scenariusz zaproponowany przez Basię trzymał się kupy.
Uzbrojony w ściśle zaplanowany scenariusz rozmowy, wszedłem do lodziarni. Plan był bardzo precyzyjny. Zakładał, że wejdziemy, grzecznie przeprosimy, powiemy, że to dla nas nie jest normalne, że przeszkadzamy ludziom w rozmowie, ale że to naprawdę niesamowita sytuacja spotkać reżysera, o którym pisało się pracę magisterską.
O ile scenariusz był dobry, o tyle z wykonaniem poszło już gorzej.
Po wejściu do lodziarni zacząłem nerwowo patrzeć na menu, udając, że wybieram lody. Wreszcie Basia wypchnęła mnie w kierunku Quentina.
– Cześć, przepraszam, że przeszkadzam, ale… więc… jestem pana wielkim fanem – co, w skrypcie tego nie było (!) – no i w ogóle pod wrażeniem.
– To dla nas spektakularne – uzupełniła moją błyskotliwą wypowiedź Basia.
Quentin uścisnął nasze dłonie, zapytał skąd jesteśmy, ile czasu zamierzamy spędzić w Stanach. Okazał się bardzo miły, więc zaczęliśmy się rozkręcać:
– To co, może cykniemy sobie zdjęcie? – zaproponowałem.
– Uścisk dłoni jest ok ale bez zdjęcia – grzecznie odmówił Tarantino, ale zaraz potem dodał – Możecie zostawić sobie to zdjęcie, które zrobiliście na ulicy.
Zażenowani ale szczęśliwi opuściliśmy lodziarnię.

To zdjęcie to jedyny dowód naszego żenującego zachowania. Ponieważ Quentin nie wyraził zgody na rozpowszechnienie fotografii na naszym poczytnym blogu, prezentujemy wyłącznie w wersji ocenzurowanej.

P.S. Gdy podekscytowani spotkaniem z twórcą „Django” napisaliśmy o tym koledze, Mariusz odpisał: „Zdzwilibyście mnie, gdybyście spotkali Kim Dzong Una”. Mariusz, spotkaliśmy i to w nie byle jakim towarzystwie:

 

Dodaj komentarz