Łowca nerek

Patrzył na nas dziwnie. Jego wzrok był świdrujący i wprawiał w zakłopotanie. Uprzejmy student prawa, który nie mówił słowa po angielsku. Śpieszył się na egzamin, a z drugiej strony zapraszał nas na kawę. Coś było nie tak, czuliśmy to z Basią oboje. Poznaliśmy się z Ilirem przypadkiem. Próbując dostać się na dworzec autobusowy w Prisztinie, Google podpowiedział nam parking na Garibaldiego (uważajcie – Stacioni i Autobuseve Prishtine to nie to samo co Bus Station). Gdy okazało się, że jesteśmy w złym miejscu, a parkingowy nie potrafi nas zrozumieć, zjawił się on. Wysiadł ze swojej czerwonej Skody Favorit i po serbsku próbował z nami się porozumieć. Tak, pokaże nam drogę na dworzec. A nawet pójdzie z nami. Ok, miły gość.

Idziemy w kierunku bulwaru Matki Teresy. Ilir pyta w nas w tym czasie, co robimy w Kosowie, ile mamy lat i czy jesteśmy tutaj sami. Gdy dochodzimy na plac pod Grand Hotelem, zaczynam oponować:

– Czy to na pewno droga na dworzec? Tu nie ma dworca.

– Dworca nie ma, ale jest świetna kawiarnia. Tam Wam opowiem, jak dostać się na dworzec.

Wymieniliśmy z Basią zaskoczone spojrzenia, ale Ilir był bardzo zasadniczy. Zanim zdążyliśmy przemyśleć nasze położenie, kelner przynosił już amerikanę z mlekiem.

– Ja płacę – zażądał Ilir, a następnie zamienił kilka zdań z kelnerem po albańsku, z których tylko „Poloni” wydało się znajome. Mówią o nas. Sączyliśmy kawę bez entuzjazmu, a Ilir przeszedł na korzystanie z Google Translate. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że rzekomo za chwilę ma egzamin na prawie, które studiuje, ale że nie potrwa długo. Powiedział, że on nas teraz tu zostawi, ale za pół godziny przyjdzie z dwoma kolegami i odwiozą nas na dworzec.

– To może wrócimy w międzyczasie do hotelu po nasze bagaże? – zaproponowałem.

– Nie, zostańcie tutaj, a potem razem pojedziemy do waszego hotelu i na dworzec. Widzimy się za pół godziny. Czekajcie tutaj – powiedział Ilir i wyszedł. Kelner zerkał na nas zza baru.

Gdy tylko nasz nowy znajomy zniknął za rogiem, było jasne, że nasza reakcja może być tylko jedna. Wychodzimy stąd, idziemy do hotelu, bierzemy bagaże i wyjeżdżamy jak najszybciej z Prisztiny. Dzień wcześniej czytaliśmy o tym, że Kosowo do niedawna słynęło z handlu ludźmi. Kobiety trafiają do prostytucji, a mężczyźni pewnie na organy. Już widzieliśmy oczami wyobraźni Ilira, który wraca do nas z kumplami ze studiów, następnie zaciągają nas na zaplecze, a potem pakują do furgonetki.

Wymknęliśmy się z kawiarni, zanim kelner-kumpel Ilira zdążył zareagować. Wróciliśmy do hotelu, upewniliśmy się, jak dojść na dworzec autobusowy, dostaliśmy się tam czym prędzej i jakieś dwie godziny później byliśmy już w autokarze do Skopje, ciesząc się, że umknęliśmy handlarzowi nerek.

– A może Ilir nie był handlarzem ludźmi? Może po prostu był bardzo miły? W Macedonii sprawdzę w hotelu jego profil na Facebooku. Zaprosił mnie do znajomych – zacząłem rozważać, czy na pewno nie oceniliśmy go krzywdząco.

– Zaprosił cię, bo to zmyła. Chciał, żebyśmy mu zaufali. Choćby jego profil na fejsie był laurkowy, dla mnie to szemrany gość. Dobrze że nie zdążył nas porwać – Basia wyraźnie odetchnęła.

Wieczorem odpaliłem w Skopje Facebooka. Przyszła wiadomość od Ilira:

„Hej kochani. Bardzo Was przepraszam, że do Was nie wróciłem. Okazało się, że egzamin się przedłużył. Mam nadzieję, że udało Wam się bez problemów dotrzeć na dworzec. Było mi bardzo miło Was poznać. To świetnie że turyści przyjeżdżają do Kosowa. Następnym razem musicie odwiedzić mnie i moją żonę w Prizren.”

Jeśli podobał Wam się ten mrożący krew w żyłach reportaż, polecamy też pozostałe wpisy o Kosowie:

Na kosowskiej granicy

Prisztina w 1 dzień

Dodaj komentarz