Kamczatka – w krainie wulkanów

Na Kamczatce trudno jest turystom uniknąć pośrednictwa biur podróży. Na własną rękę w najlepszym razie dojedziecie do Paratunki na baseny termalne. W najgorszym zabije Was niedźwiedź, gdy zgubicie drogę w gęstym lesie. Chcąc uniknąć tego ostatniego, zapłaciliśmy po 8000 rubli (ok. 500 zł), żeby zobaczyć na żywo krater wulkanu Mutnovsky. Zakładaliśmy, że pośrednictwo lokalnej agencji turystycznej zapewni nam transport nieomal pod sam wierzchołek, wyżywienie, poczucie bezpieczeństwa wśród dzikiej natury i niezapomnianą przygodę. Rzeczywistość była zgoła inna, choć akurat na brak przygód nie mogliśmy narzekać.

Stefan – nasz nowy kumpel

– Hej, czy to Ty jesteś Patryk? – usłyszałem za swoimi plecami. Odwróciłem się. W hostelowej kuchni zaczepił mnie około 40-letni, nieco łysiejący mężczyzna. – Jestem Stefan. Luba mówiła mi, że ty i Barbara jedziecie na tę samą wycieczkę co ja.

Luba…? A tak, żona Wiktora ze sklepu z pamiątkami. Kupiliśmy u nich tę wycieczkę. Wszystko się zgadza. Czyli Stefan też z nami jedzie. Nie zdążyliśmy za długo porozmawiać, bo usłyszałem sygnał telefonu. Czyżby Wiktor?

– Za 5 minut przyjedzie po was Sasza, kierowca. (Tiaa, na pewno – 5 minut w Rosji oznacza, że mamy co najmniej 15). Niestety nie mówi po angielsku. (Żaden problem, przecież spędziliśmy już tydzień w Rosji, więc świetnie paniemaju). Aha, czy mógłbyś przekazać Stefanowi? Niestety nie odbiera.

Jasne, przekażę. Tylko skąd ten Wiktor wiedział, że zdążyłem poznać Stefana? Dopiliśmy herbatę, zabraliśmy prowiant i w drogę. W międzyczasie Stefan tłumaczył, czemu nie odebrał. Nie słyszał telefonu, bo jadł śniadanie, a komórkę miał w spodniach. Wprawdzie jest wibracja, ale w jeansach nie czuje. Po co nam to mówi? Dopiero później zorientowaliśmy się, że nasz nowy kolega to prawdziwy gaduła i mówi bez przerwy.

Dymitr’s Twelve

– Mam nadzieję, że jesteście wyspani i gotowi na trudny i długi dzień? – spytał retorycznie nasz przewodnik Dymitr. Odpowiedziały mu zadowolone uśmiechy uczestników wycieczki. Oprócz nas trojga (mnie, Basi i Stefana), na wulkan wybrali się pani Eugenia z mężem Jurijem, urocze, starsze małżeństwo z Moskwy, którzy – słysząc, że jesteśmy z Polski – pochwalili się, że ich syn oświadczył się Magdzie z Krakowa i pewnie niedługo będzie wesele. Ponadto jechała z nami Irina, korpulentna Rosjanka, a także grupa Rosjan w drugim samochodzie. Wśród nich dwoje dzieci. Przewodnik, widząc naszą 12-osobową ekipę, której uczestnicy nie wyglądali na zapalonych górskich chodziarzy, uśmiechał się drwiąco. Chyba tylko on wiedział, co nas czeka. – Macie wódkę? Może wam się przydać.

Pan Jurij nie potrzebował dodatkowej zachęty. Ponieważ „odprawa” przed wyprawą miała miejsce przed sklepem spożywczym w Paratunce, za chwilę wrócił z litrową Chortycą, ukraińską czystą. W tym czasie Dymitr dopalił trzeciego papierosa, po czym zarządził „pojechali”.

Samochodem na Mutnovsky

 

Ledwo ruszyliśmy spod sklepu, a droga z asfaltowej przeobraziła się w szutrową. Nasz kierowca zdawał się nie zważać na koleiny, więc co rusz wszyscy podskakiwaliśmy w aucie, uderzając głowami o sufit lub szyby. Góra. Dół. Góra. Dół. Świetna zabawa! Czuliśmy się, jak na roller-costerze. Zupełnie nam nie przeszkadzało, że jedyne momenty, gdy droga była równa, a w samochodzie nie trzęsło to krótkie, drewniane mosty nad kamczackimi strumieniami. W tym czasie prowadziliśmy ożywioną dyskusję ze Stefanem, który okazał się Niemcem z Berlina. Stefan pracuje tylko po to, żeby zarobić na kolejne podróże. Potem rzuca pracę, zwalnia wynajmowane mieszkanie, swój dobytek pozostawia u mamy w Monachium i podróżuje aż zabraknie mu pieniędzy.

– Byłem w Warszawie na wycieczce śladami komunizmu – opowiadał. – Niestety nie mogłem zdzierżyć nachalnej propagandy antykomunistycznej. Przewodniczka twierdziła, że komuniści zniszczyli Warszawę, burząc historyczne budowle, a w ich miejscu wybudowali szerokie drogi i Pałac Kultury. To dziwne, że jako Niemiec musiałem jej wyjaśniać, że to nie komuniści zburzyli stolicę Polski, ale zrobili to naziści. Później władza miała jedynie wybór – odbudować czy stworzyć coś nowego. Szczytem hipokryzji było przekonywanie przez przewodniczkę, że stoimy pod dawnym budynkiem cenzury, która zamykała usta krytykom i dbała o zgodność przekazów medialnych z linią władzy. Twierdziła, że te czasy bezpowrotnie minęły. Ale gdy zapytałem, jak to się ma do światowego rankingu wolności słowa, w którym Polska po objęciu władzy przez partię Kaczyńskiego straciła kilkadziesiąt miejsc, kobieta ogromnie się oburzyła i stwierdziła, że to ona będzie wybierać, o czym się mówi na tej wycieczce, a ja mogę co najwyżej słuchać. Czy to nie zabawne, że kobieta sama okazała się cenzorem, stojąc pod potępianym budynkiem cenzury…?

Początek drogi pod Mutnovsky

Początek drogi pod Mutnovsky

Rozmowa ze Stefanem (a właściwie jego słowotok) była coraz ciekawsza, ale przerwaliśmy ją, bo nasz minivan się zatrzymał. Byliśmy nad potokiem, w którym Dymitr napełnił metalowe kubki wodą i wzniósł toast. Za udaną wyprawę. W tle ukazał nam się pierwszy wulkan. Po dwóch dniach spędzonych na Kamczatce wśród nieustannej mżawki i zachmurzenia, przestaliśmy wierzyć w dobrą pogodę. Tymczasem było naprawdę ładnie – wprawdzie część gór była otulona kłębiącymi się chmurami, ale zasadniczo było bardzo pogodnie a widoczność niezła. Z każdą kolejną godziną miało być już tylko lepiej.

Jeden z okolicznych wulkanów

Jeden z okolicznych wulkanów

Kontynuowaliśmy wyprawę. Sasza wjeżdżał w każdą dziurę. Basia stwierdziła, że „on to chyba robi specjalnie, żeby podróż była atrakcyjniejsza”. Trudno było mi się zgodzić, bo na moje oko chyba tylko unoszący się nad ziemią poduszkowiec mógłby ominąć koleiny.

Wjeżdżaliśmy coraz wyżej. Kolejny postój mieliśmy tuż przed wyjazdem z lasu. Stefan oddalił się do lasu za potrzebą, co nasz kierowca skomentował po rosyjsku, ale kontekst był jasny:

– Powiedz koledze, żeby unikał lasu. Wczoraj gdy tędy jechałem, drogą przechodził niedźwiedź. Tutaj dużo niedźwiedzi.

Za późno. Nie będę wchodził w gęstą tajgę za nowo poznanym kumplem. Na szczęście nasz przyjaciel zza Odry szybko powrócił. Niezwłocznie wróciliśmy do samochodu, zwłaszcza że wygłodniałe, tutejsze komary postanowiły się z nami integrować. Sasza wyjechał naszym sprowadzonym z Japonii vanem ponad linię lasu. Teraz droga pięła się serpentynami. Otaczająca nas panorama z każdym kolejnym zakrętem stawała się coraz bardziej okazała – chmury zostały poniżej nas, całkowicie odsłaniając widok na okoliczne góry i wulkany. Niektóre z kraterów dymiły się. Kamczatka jest jednym z najbardziej aktywnych regionów wulkanicznych. Na tym półwyspie znajduje się około 300 wulkanów z czego aż 30 jest wciąż aktywnych. Wysoka na 4750 metrów Klyuchevskaya Sopka jest najwyższym, aktywnym wulkanem na półkuli północnej. Nasz dzisiejszy cel, Mutnovsky, wznosi się na 2322 metry, a ostatnia duża erupcja miała miejsce w 2000 roku. Gazy wulkaniczne wydobywają się jednak z niego stale w postaci gorącej pary wodnej.

Początek wyprawy

Na tle Kamczatki

Skuterem na wulkan

Około 13:00 po ponad dwóch godzinach jazdy terenówką dotarliśmy do pokrywy śnieżnej. Mimo że jest połowa lipca, śniegu jest dużo. Na tyle dużo że samochód dalej nie pojedzie. Musimy przesiąść się na skutery śnieżne. Sasza prężnie zabrał się za przygotowanie 5 skuterów. W czasie gdy my ubieraliśmy kolejne bluzy, kurtki a także przymierzaliśmy rękawice, nasz kierowca majstrował przy skuterach w krótkim rękawku, zupełnie nie zważając na chłód.

Sasza nie wie co to chłód...

Sasza nie wie co to chłód…

Rjebiata, Sasza zostaje przy samochodach – ogłasza Dymitr. – Mamy 5 skuterów, ja poprowadzę jeden. Pozostaje jeszcze 4 woditieli. Kto z Was umie prowadzić sniegohod? – spytał uczestników wycieczki. Ku jego zdziwieniu, nikt nie jeździł wcześniej na śnieżnych skuterach. To nie zraziło naszego przewodnika. Chcąc nie chcąc, czterech Rosjan zostało wytypowanych do poprowadzenia pojazdów. Zresztą ani ja ani Stefan nie paliliśmy się do prowadzenia skutera. Jak rozsądnie stwierdził nasz niemiecki kolega: – Pół biedy gdybym miał jechać sam i zrobił sobie krzywdę. Ale nie wezmę odpowiedzialności za pasażera, jeśli nigdy na tym nie jeździłem.

DSC_5890

Basia stanowczo sprzeciwiała się, żebym to ja prowadził. Stanęło więc na tym, że cała nasza trójka obcokrajowców pojechała z Dymitrem, przy czym do jego skutera Sasza dołączył sanie. Gdy ruszyliśmy, żałowałem, że się nie zdecydowałem. Ale gdy po pierwszym zakręcie Dymitr zaczął strofować pozostałych kierowców, że ich technika jazdy odbiega od jego oczekiwań, odetchnąłem. Zresztą droga była dość ekstremalna jak na premierową styczność ze śnieżnych skuterem. Przebiegała przez strome podjazdy, równie gwałtowne zjazdy, głębokie na kilkadziesiąt centymetrów strumienie, wulkaniczną ziemię i kamienie w miejscach, gdzie brakowało śniegu. Basia była zachwycona. Ja też. Niech to trwa jak najdłużej. Wprawdzie przemknęło nam przez myśl, czy to rozsądne wypuszczać niedoświadczonych ludzi, by rozpędzonymi skuterami śnieżnymi wspinali się po zboczu wulkanu, ale przyjemna adrenalina tłumiła te myśli. Do czasu. W pewnym momencie z jednego ze skuterów wypadła kobieta, pasażerka. Kilkadziesiąt minut później doszło do jeszcze jednego incydentu. Jeden ze skuterów „dachował” po nieudanej próbie zjazdu do dolinki. Szczęśliwie pasażerka pojazdu przezornie schodziła w tym miejscu samodzielnie zboczem, więc potłukł się tylko kierujący. Co zrobiłby każdy normalny przewodnik w tej sytuacji w Europie Zachodniej? Rzucił się z pomocą poszkodowanemu? Następnie sprawdził stan techniczny pojazdu? Nie Dymitr. Ten jedynie zbeształ kierowcę – krzyczał, bluzgał po rosyjsku i pukał się w głowę. Poszkodowany przeprosił, obrócił skuter. Dymitr zarządził więc: „Pojechali”. No to pojechaliśmy.

DSC_5880

Basia przygotowana do jazdy skuterem śnieżnym

Basia doskonale przygotowana do jazdy skuterem śnieżnym

Gdy na zegarach wybiła 16:00, końca naszej podróży nie było widać. Byliśmy już niemiłosiernie głodni, co chyba nasz przewodnik wyczytał z naszych niewyraźnych min, bo ogłosił przerwę na obiad. Co to będzie? Kiełbaski na gorąco? Może chociaż zupka chińska? Niestety – na stole (czytaj: rozłożonej na saniach płachcie) pojawiła się mortadela, kiełbasa kiełbasopodobna, pasztetowa, ogórki kiszone, cebula i ciastka. Stefan szybko rzucił, że jest wegetarianinem. Taktyk. Rzucił się na słodkie muffinki, żeby uniknąć styczności z obrzydliwą, rosyjską mortadelą i innymi wyrobami tutejszych masarni. My zjedliśmy kilka kromek z kiełbasą, która według mnie była zupełnie dobra. Do kieszeni schowaliśmy po Snickersie na deser.

Tymczasem Dymitr nie dawał Stefanowi za wygraną:

– Wegetarianin? Bez obaw. W tych wędlinach nie ma grama mięsa.

Pyszny obiad serwowany przez Dymitra

Pyszny obiad serwowany przez Dymitra

Po obiedzie ruszyliśmy w dalszą podróż. Chociaż śnieg nam się na jakieś 100 metrów skończył, nasz dzielny przewodnik osobiście przejechał po kamieniach i trawie wszystkimi pięcioma skuterami, ryjąc niemiłosiernie podwoziami o głazy. Maładjec.

Pieszo do krateru

DSC_5921

Około 18:00 dojechaliśmy do wulkanicznych skał, które nie były już pokryte śniegiem. Musieliśmy więc zostawić nasze dyliżansy i w dalszą drogę ruszyć pieszo. Dymitr spojrzał na zegarek i zaklął siarczyście.

– Ale ten czas leci. Musimy się śpieszyć. – nie dalej jak 30 sekund po tej deklaracji zza zakrętu wyłoniła się grupka piechurów na czele z młodym przewodnikiem. Panowie bardzo ucieszyli się ze spotkania, więc ten sam Dymitr, który jeszcze przed chwilą nas pośpieszał, teraz uciął sobie pogawędkę ze spotkanym kumplem. O świetnej pogodzie. O doskonałej widoczności. O tym że późno. My czekaliśmy cierpliwie na koniec tej rozmowy. Wreszcie po kilku minutach ruszyliśmy w kierunku wulkanu. Nasz przewodnik zapewniał, że czeka nas 3,5 kilometra trekkingu i niewielkie przewyższenie tuż przed samym kraterem.

Godzinę później wyłonił się wierzchołek Mutnovskiego. Promienie słońca ostro uderzały o nasze twarze. Rozgrzani słońcem a przede wszystkim wędrówką,  zrzucaliśmy kolejne warstwy naszych ubrań, stwierdzając, że zabierzemy je w drodze powrotnej…

Do szczytu daleko - czas na Kamczackie Piwo

Do szczytu daleko – czas na Kamczackie Piwo

Naszym zdaniem 3,5 kilometra już dawno za nami, a do szczytu wciąż daleko. Pani Eugenia i pan Jurij rezygnują. Stefan też chce się poddać, ale Dymitr przekonuje, że już blisko. „Jeszcze 15 minut i będziemy”.

Basia już prawie czuje się zdobywczynią szczytu

Basia już prawie czuje się zdobywczynią szczytu

Godzinę później wierzchołek Mutnovskiego faktycznie jest niedaleko. Stefan ledwo zipie. Reszta wycieczki mozolnie wspina się po głazach prowadzących w kierunku szczytu. Już dawno wypiliśmy z Basią Piwo Kamczatskoe, które zabraliśmy na drogę. Na szczęście mijamy jakieś źródełko, z którego czerpiemy wodę. Upał. Jesteśmy na Kamczatce – miało być zimno, tymczasem upał doskwiera wszystkim. A jeszcze dwie godziny temu marzliśmy na skuterze śnieżnym. Wreszcie mijamy okazałą pieczarę, za którą czeka nas ostatni odcinek do krateru. Jakieś 100 metrów przed szczytem Stefan się poddaje. Wszyscy go namawiamy, żeby szedł dalej, ale ten stwierdza:

– Mój limit był tam, gdzie zrezygnowała pani Eugenia. Gdyby ten wariat nie mówił, że do szczytu jest 15 minut, na pewno bym już wtedy nie podjął się dalszej drogi. Dalej na pewno nie idę. Co z tego, że zostało 100 metrów, skoro muszę jeszcze wrócić. Kolana już mi się nie zginają. Nie wiem, czy wrócę.

Pieczara pod kraterem

Pieczara pod kraterem

Wprawdzie ów wariat, Dymitr, jest skłonny dosłownie zanieść Stefana do krateru, Niemiec nie ugiął się i pozostał tuż pod szczytem. My tymczasem zdobyliśmy krater około 20:15.

Krater Mutnovskiego

Krater Mutnovskiego

Wrażenia niezwykłe i działające na wszystkie zmysły – czujemy nieprzyjemny zapach siarki i pewnie też amoniaku. Obserwujemy osady siarki na skałach i widzimy dosłownie jak spala się siarkowodór. Mijamy liczne małe kratery, w których bulgocze gotująca się woda i z których unosi się para. Nasz przewodnik uprzedza, żeby się nie zbliżać – Mutnovsky ma na koncie ofiary śmiertelne. W dobie chęci zrobienia sobie jak najlepszego selfie, ugotowanie się w wulkanie wydaje się dość prawdopodobną śmiercią. Na szczęście nic takiego się nie dzieje i potencjalnie jedyną ofiarą dzisiejszej wyprawy może być Stefan, którego spotykamy w drodze powrotnej, gdy wciąż siedzi w miejscu, w którym go zostawiliśmy tuż pod szczytem. Ma wiele żalu do naszego przewodnika. Droga, którą przeszliśmy, to z pewnością znacznie powyżej deklarowanych przez Dymitra 3,5 kilometra. Sam fakt, że trekking zajął nam grubo ponad 2 godziny świadczy o tym, że było znacznie dalej. Pocieszamy Stefana, że na pewno sobie poradzi i ruszamy w drogę powrotną.

Spala się siarkowodór...

Spala się siarkowodór…

...a my pozujemy do zdjęć na tle pary wodnej.

…a my pozujemy do zdjęć na tle pary wodnej.

W pogoni za cywilizacją

Na zegarkach jest już prawie 21:00. Zachodzi słońce. Przy bezchmurnym niebie w krainie wulkanów to niezapomniany widok, a malownicza sceneria staje się jeszcze piękniejsza i potężniejsza. Tyle że większość osób z naszej ekspedycji nie ma już nastroju na podziwianie widoków. Jesteśmy już głodni, zmęczeni, a Stefan ledwo idzie i prawie się nie odzywa. Jak nie on.

Zachód słońca na Kamczatce

Zachód słońca na Kamczatce

Wulkaniczna kamczatka o zachodzie słońca

W pewnym momencie Dymitr mówi do mnie i Basi swoją łamaną angielszczyzną:

– W hostelu będziecie dwa.

– Nie. Stefan na pewno da radę. Wrócimy we troje – oponuję.

Przewodnik spojrzał na mnie jak na idiotę:

– Druga godzina. Mówię, że będziecie o drugiej w nocy a nie że tylko Wy wrócicie.

W drodze powrotnej

W drodze powrotnej

Do skuterów śnieżnych dotarliśmy już po całkowitym zmroku. Jest 22:15. Stefan też dotarł. Na wycieczkę wyjechaliśmy 13 godzin temu. Wiktor i Luba zapewniali nas, że cała wyprawa potrwa jakieś 10-12 godzin, choć gdzieś między słowami przewinęło się, że możemy wrócić o północy. No dobra, ale do północy niecałe 2 godziny, a my jesteśmy pod szczytem. Przed nami droga powrotna w kamczackich ciemnościach. W zimnie – przecież słońce zaszło, więc momentalnie się ochłodziło. Od razu przypominamy sobie, że buty mamy przemoknięte, dłonie skostniałe, a do tego doskwiera nam głód, bo obiad wbrew pozorom nie był wysokokaloryczny.

– O nie, jeszcze czeka nas powrót tym pieprzonym skuterem! – komentuje zmarznięta Basia, choć jeszcze kilka godzin wcześniej marzyła, żeby podróż sniegohodem trwała jak najdłużej.

Ruszamy. Po przejechaniu 100 metrów silnik w naszym skuterze charczy nieprzyjemnie. Pojazd wytraca prędkość. Zatrzymujemy się. Tylko nie to! Awaria. Jesteśmy jakieś 10 kilometrów od samochodu na zaśnieżonym zboczu Mutnovskiego. Zimno. Ciemno. Mokro. A wszystkie te odczucia spotęgowane rosnącym niepokojem. Bo przecież Dymitr to nie MacGyver, żeby na wulkanicznym pustkowiu naprawić skuter bez żadnych specjalistycznych narzędzi. Co nas czeka? Zasięgu w telefonie nie ma, więc raczej pomocy stąd nie wezwiemy. Iść pieszo w środku nocy? Próbować przesiadać się na inne, sprawne pojazdy śnieżne?

Co robi Dymitr? Na razie zapala papierosa.

Co za skrajna nieodpowiedzialność! Jesteśmy z dala od cywilizacji, jest mroźna noc, jadą z nami dzieci (nie nasze, rosyjskie, ale jednak!), a nasz przewodnik zdaje się zachowywać spokój. Z kiepem w ustach zabrał się do naprawy pojazdu przy użyciu taśmy klejącej, linki, nożyczek i śrubokrętu. Po kilku minutach linka, która miała posłużyć do uruchomienia naszego środka transportu, urwała się. Przeklinając pod nosem siarczyście, Dymitr podjął kolejną próbę. My tymczasem wsłuchujemy się w nieprzyjazną ciszę, świadczącą o naszym beznadziejnym położeniu. Marzymy o ryku silnika, który będzie dawał szansę na przetrwanie. Czas mija i zaraz będziemy świętować północ na Kamczatce. Przypominamy sobie te wszystkie filmy o człowieku, który przegrał z naturą.

Nasz unieruchomiony skuter śnieżny

Nasz unieruchomiony skuter śnieżny

– Nie ma szans, żeby odpalił ten skuter – kieruję do Basi swoją ekspercką opinię doświadczonego mechanika snow mobile’ów.

30 sekund później Dymitr odpala silnik. Genialny mechanik! Może w ocenie czasu i odległości nie jest najlepszy, ale spokojnie poradziłby sobie w rosyjskiej edycji Szkoły Przetrwania.

– No i szto? Pojechali? – pyta żartowniś. Ponieważ jesteśmy już delikatnie spóźnieni względem pierwotnego planu wycieczki, Dymitr próbuje nadrobić prędkością na trasie, zupełnie nie przejmując się tym, że pozostałe skutery nie mogą za nim nadążyć. Jest ciemno, więc nawet nie widać, kiedy wjeżdżamy w błoto lub strumienie. Dynamiczny styl jazdy sprawia, że po chwili jestem już całkiem umorusany w piasku i glinie. Z zaskoczeniem odkrywam, że tylko ja mam w ustach, uszach i na twarzy ziarna mokrego wulkanicznego iłu – Basia zupełnie (też jak o tym piszę, wydaje mi się to nieprawdopodobne). Nie przejmuję się jednak tym piachem – ważne że z każdym metrem zbliżamy się do ciepłego samochodu, którego wypatrujemy jak spragnieni wędrowcy oazy na pustyni. Wycieram twarz w śniegu na jednym z postojów (bo Dymitr musiał zapalić), a nasz przewodnik zwraca nam uwagę na świeże ślady niedźwiedzia, który musiał niedawno tędy przechodzić.

Jeszcze tego by brakowało, żeby głodny miś zagrodził nam drogę. Z drobną niepewnością obserwujemy okolicę. Nie, to niemożliwe. Niedźwiedź musiałby mieć mentalność szalonego Dymitra, żeby zdecydować się wyjść na przywitanie z naszą kompanią uzbrojoną przede wszystkim w głośne, odstraszające zwierzynę silniki skuterów.

Piknik przed snem

Jest 1:00 w nocy, kiedy docieramy do samochodów. Sasza, wciąż w koszulce z krótkim rękawkiem, przywitał nas wesoło pytaniem, jak się podobało. „Fajnie tylko krótko” – odpowiedziałem. Chyba wziął moją odpowiedź na serio, bo zamiast niezwłocznie ruszyć w kierunku cywilizacji, zaczęli w żółwim tempie pakować z Dymitrem sprzęt. Ja, Basia i Stefan postanowiliśmy schować się do samochodu, pędząc do ciepłego wnętrza auta jak ćmy do światła. W tym czasie nasi pozostali, rosyjscy współtowarzysze wyprawy przypomnieli sobie o Chortycji pana Jurija. Panie zaczęły kroić kiełbasę, mortadelę i smarować kromki chleba pasztetową, panowie w tym czasie wychylali pierwsze kieliszki. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia, widząc jak po kilkunastogodzinnej wyprawie, która trwała znacznie dłużej niż powinna, Rosjanie zamiast ogrzewać się w samochodzie, dosłownie urządzają sobie piknik! Przecież typowy Europejczyk przygotowywałby właśnie skargę na nieodpowiedzialnego przewodnika i źle zorganizowaną wycieczkę. A co robi Rosjanin? Zaprasza Dymitra i Saszę, żeby też się ogrzali kieliszeczkiem. Panowie oczywiście nie dali się dwa razy prosić – wszak za chwilę czekała ich długa podróż do Pietropawłowska Kamczackiego w charakterze kierowców.

Rajd Kamczatka

Ruszyliśmy przed 2 w nocy. Wystarczyło 15 sekund podróży, żebyśmy zaczęli przeklinać szutrową drogę, którą kilkanaście godzin wcześniej traktowaliśmy jak świetną atrakcję. Koleiny, dziury, nierówności. Już wiem, co czują uczestnicy rajdu Dakar.

Próbujemy spać, bo jesteśmy wykończeni. Mnie przychodzi to z trudem, ale kątem oka widzę, że Basia jest już w krainie Morfeusza. Jak to możliwe? Przecież trzęsie niemiłosiernie. Stefan, widząc że nie śpię, komentuje:

– To niesamowite. Znajomi mówili, że to ja jestem śpiochem, bo kiedyś usnąłem na stojąco. Ona mnie przebiła. Prędzej złamie sobie kark niż się obudzi.

Tuż przed snem Basia zdążyła jeszcze stwierdzić, że NIGDY więcej nie wybierze się na żaden wulkan i że chce normalnych wakacji. Hmm… chyba następnym razem czeka nas plażowanie?

Do hostelu dojechaliśmy o 5 rano, 20 godzin po tym jak wyruszyliśmy. Głodni, zmęczeni i przemarznięci. Zasypiamy wściekli. Nie tak miała wyglądać wycieczka na wulkan.

Obudziliśmy się 10 godzin później. Wypoczęci i uśmiechnięci dzielimy się wrażeniami z poprzedniego dnia. Basia stwierdza entuzjastycznie:

– Fantastyczna wyprawa! Kamczatka jest świetna. To co, na jaki wulkan jedziemy jutro? 🙂

3 myśli nt. „Kamczatka – w krainie wulkanów

  1. Fajna przygoda, świetnie się to czytało. 🙂

    Czy moglibyście podzielić się informacjami praktycznymi? W sieci bardzo trudno jest znaleźć aktualne informacje na temat możliwości samodzielnego wyjazdu na Kamczatkę. Jest sporo ofert biur podróży, ale ceny są bardzo wysokie. Wolałbym dolecieć sam i na miejscu zorganizować sobie kilka wypraw z lokalnymi przewodnikami.

    Gdzieś wyczytałem wręcz, że „nie wyjdziesz z lotniska jeśli nie odbierze cię lokalny operator turystyczny”. Prawda to czy jakaś bzdura?

    Jak organizowaliście vouchery do wizy? Skorzystaliście z pośrednika w Polsce, czy może znaleźliście operatora na Kamczatce, który je Wam wystawił?

    Jak było z poszukiwaniem lokalnych przewodników / agencji turystycznych? Trudno było znaleźć?

    Pozdrawiam!

    • Dziękuję. 🙂

      Co do organizacji pobytu na Kamczatce, zrobiliśmy dokładnie tak samo, jak planujesz – kupiliśmy tylko bilety lotnicze, a na miejscu korzystaliśmy z miejscowego biura podróży.

      Odpowiadając na Twoje pytania:

      Gdzieś wyczytałem wręcz, że „nie wyjdziesz z lotniska jeśli nie odbierze cię lokalny operator turystyczny”. Prawda to czy jakaś bzdura?

      Bzdura. Wyszliśmy z lotniska jak z każdego innego 😉 a do Pietropawłowska Kamczackiego pojechaliśmy zwykłym, miejskim autobusem.

      Jak organizowaliście vouchery do wizy? Skorzystaliście z pośrednika w Polsce, czy może znaleźliście operatora na Kamczatce, który je Wam wystawił?

      Skorzystaliśmy z pośrednictwa http://wadi.pl/wizy-do-rosji-2.html&MenuActive=7 – załatwiliśmy tam wszystko tzn. wizę, voucher i ubezpieczenie uwzględniające górski trekking. Oczywiście voucher może być wystawiony przez hotel np. w Moskwie lub Petersburgu a niekoniecznie hotel z Kamczatki.

      Jak było z poszukiwaniem lokalnych przewodników / agencji turystycznych? Trudno było znaleźć?

      Nie. Bez problemu znajdziesz biura podróży na miejscu i nie musisz rezerwować wycieczek z wyprzedzeniem. Wręcz przeciwnie – ze względu na zmienną pogodę na Kamczatce, polecam planować kolejne dni z niewielkim wyprzedzeniem. My korzystaliśmy z biura podróży przy ulicy Leninskaja 65 prowadzonego przez małżeństwo pochodzące z Ukrainy, ale konkurencja jest bardzo duża i bez trudu znajdziesz jakąś lokalną agencję turystyczną.

      W razie gdybyś miał dodatkowe pytania – daj znać. 🙂

  2. Dzięki za błyskawiczną odpowiedź. 🙂
    Na razie te informacje mi wystarczą.
    Jakby co, to służę równie świeżymi (a.d. 2016) informacjami nt. Sankt Petersburga, Irkucka i Bajkału oraz kolei (Sapsan, Transsib, Krugobajkałka).

Dodaj komentarz