Na lodach z Quentinem Tarantino

Hollywood – fabryka snów. Tu możesz spotkać George’a Clooneya, gdy uprawia poranny jogging, a Julia Roberts kupuje przed tobą bagietkę w piekarni. Tak to sobie wyobrażaliśmy, ale chcieliśmy zweryfikować, czy rzeczywistość nie jest czasem inna. Konsumując pierwszego amerykańskiego burgera, spytaliśmy kelnerkę, czy często spotykają znanych aktorów.
– Kiedyś widziałam Angelinę Jolie z dziećmi na spacerze – odpowiedziała.
– Ja widziałam Aleca Baldwina – dodała druga.
– A my jesteśmy tu pierwszy dzień i przed chwilą zrobiliśmy z siebie idiotów przed Quentinem Tarantino – powiedziała Basia. Posłuchajcie.

Czytaj dalej

Amerykańscy stróże prawa

Dostaliście wizę amerykańską? Nie, to jedynie promesa, która uprawnia Was do wejścia na pokład samolotu, ale prawdziwy wywiad i weryfikacja następuje już po wylądowaniu w Stanach Zjednoczonych. Trochę się obawialiśmy tej rozmowy, bo zawsze się znajdzie ktoś, kto zna kogoś, kto ma znajomego, który nie otrzymał zgody na przekroczenie granicy i został zawrócony do Polski. Ponieważ sądzimy, ze nie tylko my stresowaliśmy się przed rozmową z amerykańskim celnikiem, poniżej wierna transkrypcja naszej rozmowy.

Czytaj dalej

Na kosowskiej granicy

Prisztina nie jest najpiękniejszą stolicą europejską. Niektórzy powiedzieliby, że w ogóle nie jest miastem stołecznym, bo „Kosowo je Srbija”. My jednak nie mieliśmy specjalnych dylematów – uznaliśmy, że to stolica, skoro polski rząd jako jeden z pierwszych na świecie w lutym 2008 roku uznał niepodległość tego państwa. A skoro tak, chcąc zwiedzić wszystkie stolice państw europejskich – miasto automatycznie trafiło na naszą listę miejsc do odwiedzenia.

Pierwsza próba się nie udała. Pojechaliśmy z dowodami osobistymi, zakładając, że granica macedońsko-kosowska będzie raczej przypominała tę w Nikozji, gdzie celnik w budce na granicy między Cyprem Południowym i Północnym myśli raczej o tym, na jaką plażę ucieknie w weekend przed gorącem, a nie czy ktoś niepowołany przedrze się na „niewłaściwą” stronę Cypru. W Kosowie nie ma plaż, więc celnicy podchodzą do pracy poważniej.

– Gdzie Wasze paszporty?

– W Polsce. Ale mamy, naprawdę, proszę nam wierzyć. Poza tym na stronie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych była informacja, że do Kosowa można z dowodem osobistym wjechać – pomimo tak przekonujących argumentów ciemnowłosa celniczka pozostawała niewzruszona. Wtedy przypomniałem sobie o wizycie w Dubrowniku kilka lat wcześniej. Na granicy między Chorwacją a Bośnią i Hercegowiną bośniacki celnik poprosił o Zieloną Kartę, której oczywiście nie posiadaliśmy, bo plan podróży nie przewidywał wizyty w Dubrowniku. Przekonaliśmy go jednak, żeby nas wpuścił na teren Bośni, tłumacząc, że bez przesady – od powrotu na teren Chorwacji dzieli nas tylko 9 kilometrów i że bierzemy ryzyko na siebie. Do dziś nie wiem, jak to możliwe, ale po chwili zawahania stwierdził:

– No dobra, jedźcie.

Na kosowskiej granicy nasze argumenty, że jedziemy tylko na parę godzin nie zadziałały. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nasz rząd miał rację, uznając niepodległość tego dzielnego kraju. Państwo, które strzeże granic niczym polska straż graniczna swoich lewych interesów w Bieszczadach (nie oskarżam, ale oglądałem „Watahę”, więc co nieco wiem na ten temat), musi zasługiwać na niepodległość.

– Dobra, Polaki. Muszę was tu zostawić – z letargu wyrwał nas kierowca autobusu do Prisztiny.

– I co teraz? Jest tu jakiś autobus powrotny do Skopje?

– To jest granica a nie przystanek autobusowy. Ludzie zwykle mają przy sobie dokumenty – próbował odpowiedzieć kierowca, ale ze względu na barierę językową wzruszył jedynie ramionami. Marcin i Marta, którzy podróżowali z nami do Kosowa, pomachali do nas z autobusu i ruszyli w dalszą podróż. My odwróciliśmy się na pięcie i ruszyliśmy pieszo w stronę Skopje. Na szczęście już pierwszy samochód osobowy zatrzymał się, gdy próbowaliśmy złapać stopa.

– Skopje? Pewnie! Wsiadajcie. Zawiozę was. – uff, wsiedliśmy do środka. – Za 5 euro – uzupełnił nasz wybawca.

Gambijska punktualność

Wtorek wieczorem. Wysiadamy z taksówki pod hotelem.
– Che, jeśli chcesz zarobić 400 dalasi za kurs na lotnisko, możesz po nas przyjechać w piątek o 8 wieczorem.
– W piątek o 8, wszystko jasne – odpowiedział przedsiębiorczy taksówkarz.
– Napiszemy Ci smsa z potwierdzeniem czy na pewno o 8, ale Ty też potwierdź, że na pewno będziesz.
– OK.

20161220_183329
Piątek, ostatni dzień naszych wakacji w Gambii. Wypoczywamy na plaży i rozłożeni na leżakach popijamy JelBrew, lokalne piwo. Rozleniwiony przypominam sobie, że mieliśmy potwierdzić Che, że chcemy, żeby nas zabrał na lotnisko.
Piszę więc smsa z pytaniem, czy może przyjechać po nas o 9 wieczorem.
Godzinę później ktoś idzie plażą w naszym kierunku. Im bliżej nas, tym bardziej wydaje nam się to niewiarygodne. Che? A co On tu robi?
– Cześć, znalazłem Was – stwierdził z wyraźną ulga. – Dostałem smsa i od razu przyjechałem.
– Ale jak nas znalazłeś? Ta plaża ciągnie się kilometrami, a poza tym skąd wiedziałeś, że tu jesteśmy?
– Z Waszego hotelu. Zapytałem o Was i ktoś z obsługi widział, że poszliście na plażę. Na plaży spytałem się kogoś, czy nie widział pary z Polski i wskazali mi tamtą dwójkę przy brzegu. Myślałem, że to wy ale to nie wy.
– To nie my – przyznałem mu rację.
– Dopiero barman z tej knajpy powiedział mi, że jest tu jeszcze jedna para z Polski. Wiecie, trudno było mi was rozpoznać, bo jak was odwoziłem parę dni temu, było już ciemno.
– Nie szkodzi. Ale nadal nie wiemy, po co tu przyjechałeś?
– No bo napisałeś smsa, więc rzuciłem wszystko i przyjechałem kolejny raz do  hotelu.
– Jak to kolejny raz?
– Byłem już od 6 rano pod Waszym hotelem.
– Ale jak to?!
– Chciałem być punktualnie, ale bałem się korków. Wy biali jesteście bardzo punktualni.
– Dlatego przyjechałeś 14 godzin wcześniej? – z niedowierzaniem zacząłem rozglądać się w poszukiwaniu ukrytej kamery.
– Powiedzieliście, że mam być o 8.
– Ale wieczorem!
– Wieczorem? Wieczoren to jest 20. Ósma to ósma. Dlatego przyjechałem wcześniej i spałem w samochodzie pod hotelem. Obudziła mnie siostra, gdy zadzwoniła do mnie około południa. Spojrzałem na zegarek w telefonie i stwierdziłem że was nie ma, więc pojechałem do domu na obiad.
– Ok, to zaczyna mieć sens. Ale nadal nie rozumiem, po co przyjechałeś teraz?
– Bo dostałem smsa.
– No ale ja napisałem, żebyś był o 21.
– Nie czytałem. Zobaczyłem, że jest wiadomość i nawet obiadu nie zjadłem do końca, tylko od razu wsiadłem do samochodu. Poza tym i tak nie mógłbym Ci odpisać, bo mam zepsuty telefon. Działa, ale smsów nie da się wysłać. Dzwoniłem, ale nie odebrałeś, więc postanowiłem was poszukać.
Spojrzałem na telefon. Faktycznie dwa połączenia nieodebrane. Umówiliśmy się więc z Che, że przyjedzie po nas o 21. Dla pewności powtórzyliśmy godzinę dwukrotnie.

20161223_133754
Che zjawił się w hotelu półtorej godziny przed czasem i z uśmiechem na ustach spytał:
– Patryk, Barbara? Jedziemy?

 

 

Gambia jako szkoła asertywności

Relacje między nami a Gambijczykami porownalibyśmy do relacji między Shrekiem a Osłem – od zaskoczenia że ciągle do nas coś gadają, przez zniecierpliwienie i irytację aż po zrozumienie i sympatię. Przeczytaliśmy gdzieś, że Gambia to koszmar dla introwertyków. To prawda. Tu nie da się przejść spokojnie – każdy chce porozmawiać, zapytać skąd jesteśmy i co sądzimy o „uśmiechniętym wybrzeżu Afryki”. Większość pyta bezinteresownie, choć im bliżej hotelowych resortów, tym bardziej widzą w nas chodzący bankomat i próbują na coś namówić – na lokalne pamiątki, owoce, soki, lub oferują, że zostaną naszymi przewodnikami i pokażą okolicę. Trzeba nauczyć się odmawiać i kończyć pogawędkę w odpowiednim czasie (to ten wyczuwalny moment gdy rozmowa zaczyna Was męczyć a rozmówca irytować), bo inaczej nie zaznacie spokoju.

20161219_144320
Pod koniec pierwszego dnia, gdy jeszcze brakowało nam asertywności, Basia stwierdziła, że te wakacje to będzie prawdziwy koszmar i nie ruszy się z hotelu. Nauczyliśmy się jednak jak tu funkcjonować, żeby nie tylko nie być nagabywanym na każdym kroku, ale też zyskać sobie szacunek miejscowych a przede wszystkim spędzić świetne wakacje.

20161219_132246
Jeśli wybierzecie się kiedyś do Gambii, skorzystajcie z naszych rad:
1. Nie mówcie, że dopiero przyjechaliście – unikniecie sytuacji, gdy w oczach Waszego rozmówcy pojawi się przyszła fortuna, którą zamierza zarobić na Waszej naiwności wynikającej z braku doświadczenia w Gambii.
2. Przejmujcie inicjatywę – najlepszą obroną jest atak. Sami pytajcie co słychać, z kim macie przyjemność rozmawiać i niepytani dzielcie się wrażeniami z wakacji. Nagabywacze są przyzwyczajeni, że ich słuchacie, a nie że sami są zmuszani do słuchania. Przejmując inicjatywę, zmuszacie ich do zmiany zaplanowanego skryptu rozmowy.
3. Zbaczajcie z utartych turystycznych szlaków. Im dalej od Kotu Beach, tym mniej ludzi chce na Was zarobić, a więcej po prostu porozmawiać.
4. Powołujcie się na znajomych Gambijczyków, z których usług korzystacie. Za swoją lojalność zyskacie szacunek miejscowych.

20161219_132233
Zaczepił nas ostatnio Yaya i po kilku zdaniach rozmowy, gdy zaczął przekraczać granicę namolności, powiedziałem:
– Yaya, fajnie się z Tobą rozmawia i doceniamy, że masz imię jak ten piłkarz Yaya Touré, ale na nic nas nie namówisz. Pieniądze wymienia nam Salmana, soki sprzedaje Couple, owoce Kumba, a pamiątki rzeźbi nam Ali Sow.
– Nie macie jeszcze lokalnego przewodnika – zwietrzył swoją szansę Yaya.
– Nie mamy i nie chcemy mieć. Po co mamy zwiedzać z biurem podróży lub nawet lokalnym przewodnikiem? W ten sposób nie poznamy prawdziwej Gambii. Byliśmy już bez przewodnika w Kachikally Crocodile Pool, gdzie szliśmy pieszo 7 kilometrów z centrum zatłoczonej Serrekundy, po drodze zwiedziliśmy  Bakau, gdzie raczej nie zapuszczają się turyści, w Monkey Park też nie braliśmy przewodnika, choć przy wejściu straszyli nas, że albo się zgubimy albo zaatakują nas groźne czerwone małpki. Do Banjulu wzięliśmy taksówkę, ale na miejscu też chodziliśmy sami. Powiem Ci jeszcze, że… – nie dokończyłem, bo Yaya zrezygnowany mruknął coś w rodzaju „okay” pod nosem i poszedł sobie od nas. Shrek przegadał Osła.

20161219_132340

20161219_143540

Happy Corner

Zbieramy magnesy na lodówkę z każdego odwiedzanego kraju, choć zdajemy sobie sprawę, że większość z nich jest „made in China”. Magnes z Gambii będzie miał dla nas szczególną wartość, bo to wytwór pracy lokalnego rzeźbiarza, który okazał się kimś więcej niż tylko sprzedawcą pamiątek.
– Cześć młoda paro. To mój sklep, a wszystko co w nim znajdziecie, zrobiłem własnoręcznie – rzekł na powitanie.
– Cześć. A masz magnes na lodówkę z napisem Gambia?
– Nie, ale jeśli dacie mi trochę czasu, to zrobię wam taki magnes, jaki tylko chcecie. Nazywam się Ali. Jak Ali Baba.
– Jestem Patryk a to Barbara.
– O, Santa Barbara, oglądałem. – nie wiemy, o co chodzi, ale w Gambii wszyscy kojarzą jakiś meksykański film o świętej Barbarze i często o nim wspominają, słysząc Basi imię.
Powiedzieliśmy Aliemu, że idziemy głaskać krokodyle i wrócimy do niego za jakiś czas.
Sklepik Aliego Saw „Happy Corner” zlokalizowany jest w Bakau, 100 metrów od wejścia na teren Kachikally Crocodile Pool, świętego miejsca dla Gambijczykow. Podobno  lokalne kobiety oblewają się wodą ze stawu, gdy nie mogą zajść w ciążę i 9 miesięcy później rodzą. Żyje tu około 100 krokodyli, które codziennie zjadają olbrzymie ilości ryb, dzięki czemu są tak rozleniwione, że można je dotykać bez ryzyka utraty ręki.
– Jak się macie? – spytał przewodnik po krokodylim królestwie, którym ku naszemu zdziwieniu okazał się poznany 2 dni wcześniej handlarz z Albert Marketu (ten sam który współczuł nam sytuacji politycznej w Polsce). Skoro facet zmienia pracę co dwa dni, spodziewamy się go jeszcze spotkać na plaży w roli sprzedawcy świeżo wyciskanych soków albo kelnera w restauracji. Mężczyzna klepnął mnie po plecach – chcesz popływać?
– Z krokodylami? Oszalałeś?!
– Żarcik przyjacielu – odpowiedział zgrywus.

20161219_150238
Pogłaskaliśmy więc najgrubszego z krokodyli i wróciliśmy do Aliego, który przygotował w tym czasie dla nas magnesy z napisem The Gambia. Choć szybko dobiliśmy targu z rzeźbiarzem, ten nie pozwolił nam łatwo  odejść. Zaproponował herbatę i poczęstował lokalnymi owocami.
– Jesteście piękną parą i super, że nie spędzacie wakacji, leżąc w hotelowym basenie. Tak nie poznalibyście prawdziwej Gambii. Zanim pójdziecie, chciałbym dać Wam prezent – stwierdził po kilkunastominutowej rozmowie.

screenshot_20161220-173251
Ali wyciągnął dłuto i kawałek drewna i na naszych oczach wyrzeźbił podarunek dla nas, stwierdzając w trakcie swojej pracy: – Biznes jest dobry, bo pozwala zarobić na życie, ale sprawianie radości innym ludziom jest cenniejsze.
Po skończonej pracy Ali nie chciał przyjąć od nas pieniędzy, tłumacząc, że to prezent: -Możecie za to powiedzieć o moim sklepie przyjaciołom w Polsce. Mogę wyrzeźbić, co tylko będą chcieli i zrobię to tanio, bo jestem jednocześnie producentem i sprzedawcą.

20161219_153722
No to mówimy: jeśli będziecie w Gambii, na pewno wybierzecie się do Bakau zobaczyć krokodyle. Nie zapomnijcie wtedy zapytać o Aliego Sow i jego „Happy Corner” (nie szukajcie szyldu – nazwa jest napisana na ścianie sklepu).

20161220_104242

 

The Gambia food experience

Do Gambii przylecielismy czarterem Travel Service. Polecamy tę linię lotniczą osobom, które są na diecie. Przewoźnik mimo blisko 10 godzin podróży nie oferuje bezpłatnie żadnego posiłku, a sprzedawane wrapy i kanapki są w najlepszym razie bezsmakowym zabijaczem głodu. W efekcie przylecielismy bardzo glodni i spragnieni, więc byliśmy skłonni zamówić w hotelowej restauracji doslownie cokolwiek.
– Kuchnia nieczynna. Już po 21 – zapowiedział barman – ale mogę Wam puścić jakąś muzykę.  – Niestety Bob Marley i lokalne piwo nie zaspokoily potrzeb naszych żołądkow.
Nasz przyjaciel z baru jednak bardzo się przejął i pomimo nieobecności kucharza postanowił zaserwowac nam lokalny przysmak.
– To będzie dla Was nowe doświadczenie, The Gambia experience – powiedział, rozbudzajac tylko nasz apetyt – będziecie zamawiać to danie na każde śniadanie – zachwalal swoją potrawę z pełnym przekonaniem.
Po tym wstępie spodziewaliśmy się wszystkiego tylko nie tego, że
15 minut później przed nami znajdzie się… chleb z masłem i ugotowanymi ziemniakami przyprawiony solą, pieprzem i toną majonezu oraz keczupu.
– The Gambia food experience. Smacznego!
Zjedliśmy. Głód nie wybiera.

20161217_213959

Welcome to the Gambia

Taksówkarz w tradycyjnym afrykańskim stroju wiezie nas z lotniska do Brufut. Nie udały się negocjacje. Może dlatego że o 22 jest mało taksówek, a może dlatego że taka powinna być cena? Płacimy więc 20 dolarów za 20 kilometrów podróży. Drogo ale kierowca tłumaczy, że benzyna kosztuje. Prezydent obiecywał, że Gambia będzie miała własną ropę, ale póki co nie zaczął nawet odwiertów. Zresztą czy można wierzyć facetowi, który kilka lat temu twierdził, że uwolni Gambię od AIDS miksturą sporządzoną z bananów i orzechów?

Aktualizacja: Informacje praktyczne

Przejazd z lotniska do nadmorskich kurortów to koszt około 700-1000 dalasi, jeśli zdecydujecie się na przejazd jedną z dostępnych pod lotniskiem zielonych taksówek. Jeśli nie macie dalasi i płacicie w euro lub dolarach – cena wyniesie około 20 euro lub dolarów.

Alternatywą jest zamówienie żółtej taksówki. Możecie kupić na lotnisku lokalną kartę SIM i zamówić jednego z naszych zaufanych taksówkarzy, których poznaliśmy podczas pobytu w Gambii:

Che, tel.  +220 360 86 72, Lamin, tel. +220 719 95 61. Polecamy obu. 🙂 Jak zapłacicie 400 dalasi lub 10 dolarów, obaj bardzo się ucieszą. Koniecznie pozdrówcie ich od Patryka i Barbary. 🙂
20161217_100717

 

Kamczatka – w krainie wulkanów

Na Kamczatce trudno jest turystom uniknąć pośrednictwa biur podróży. Na własną rękę w najlepszym razie dojedziecie do Paratunki na baseny termalne. W najgorszym zabije Was niedźwiedź, gdy zgubicie drogę w gęstym lesie. Chcąc uniknąć tego ostatniego, zapłaciliśmy po 8000 rubli (ok. 500 zł), żeby zobaczyć na żywo krater wulkanu Mutnovsky. Zakładaliśmy, że pośrednictwo lokalnej agencji turystycznej zapewni nam transport nieomal pod sam wierzchołek, wyżywienie, poczucie bezpieczeństwa wśród dzikiej natury i niezapomnianą przygodę. Rzeczywistość była zgoła inna, choć akurat na brak przygód nie mogliśmy narzekać.

Czytaj dalej

Sajgon na oswojenie z Wietnamem

„200 tysięcy? Miało być 280” – oburza się pyzaty taksówkarz, który przywiózł nas z lotniska w Ho Chi Minh pod nasz hotel. „Nieprawda. Umawialiśmy się na 200” – odpowiadamy. Nasz przewoźnik nie ustępuje i domaga się dopłaty. Na szczęście do samochodu podchodzi nowy klient, którego biała twarz zdradza zagraniczne pochodzenie. Nasz szofer znalazł kolejnego jelenia, więc macha ręką na rzekome 80 tysięcy dongów i odjeżdża z nowym turystą. Rozglądamy się wokół siebie. Na rozłożonych tuż obok wejścia do naszego hotelu pryczach śpi kilkuosobowa rodzina. Kilkadziesiąt metrów dalej chudy, stary Wietnamczyk drzemie na skuterze. Ulica pogrążona jest w ciemnościach i tylko przebiegający w poprzek jezdni szczur nie ma ochoty na sen. W powietrzu unosi się zapach jeszcze niedawno gotowanego na chodniku jedzenia – gryzoń pewnie liczy, że coś dla niego zostało. Meldujemy się w hotelu. W pokoju uderza nas woń stęchlizny, a oczom ukazuje się kilkudziesięciocentymetrowy grzyb na ścianie. Zapowiada się… Sajgon.

Czytaj dalej