Amerykańscy stróże prawa

Dostaliście wizę amerykańską? Nie, to jedynie promesa, która uprawnia Was do wejścia na pokład samolotu, ale prawdziwy wywiad i weryfikacja następuje już po wylądowaniu w Stanach Zjednoczonych. Trochę się obawialiśmy tej rozmowy, bo zawsze się znajdzie ktoś, kto zna kogoś, kto ma znajomego, który nie otrzymał zgody na przekroczenie granicy i został zawrócony do Polski. Ponieważ sądzimy, ze nie tylko my stresowaliśmy się przed rozmową z amerykańskim celnikiem, poniżej wierna transkrypcja naszej rozmowy.


Najpierw do umundurowanego jankesa w kapeluszu podeszła Basia.
– Na jak długo przyleciałaś?
– Na 20 dni.
– Wakacje?
– Tak, wakacje.
– Ok, enjoy! – uśmiechnięty celnik wbija pieczątkę w paszporcie.
Potem podchodzę ja.
– Przylecieliście razem? – pyta mnie o Basię.
– Tak, razem.
– Ok, czyli wakacje…
– Tak, wynajmiemy samochód i będziemy zwiedzać kilka stanów.
– Cool. Ile dni?
– 21 dni.
– To radziłbym ci pogadać z nią. Chce wyjechać dzień wcześniej.
Mit amerykańskiego, niewzruszonego stróża prawa w mundurze padł. Celnik był uśmiechnięty i pogodny, nie sprawiał wrażenia, jakby próbował komukolwiek utrudnić wjazd do kraju.
Jakieś 10 dni później mieliśmy też pogawędkę z policjantem z amerykańskiej drogówki. Nie było to prewencyjne zatrzymanie. W USA nie zatrzymuje się prewencyjnie. Jeśli policjant Was zatrzymuje, to zawsze musi mieć jakiś powód. Może błahy, np. przepaliła się żarówka w samochodzie, ale powód jest. W przeciwnym razie nie ma prawa zabierać czas obywateli. W naszym przypadku powodem zatrzymania była nadmierna prędkość.
Rozmowa zaczęła się jak w Polsce:
– Wie pan, jakie tu jest ograniczenie?
– 60 mil?
– 50. A wie pan, ile pan jechał?
– 70?
– 83 mile. Poproszę dokumenty.
Gdy pokazałem polskie prawo jazdy (mam jeszcze ten stary zalaminowany dokument a nie kartę), policjant wyraźnie się rozpogodził.
– Tak wygląda prawo jazdy w Polsce? Zabawne. No dobra, to powiedźcie, gdzie się tak śpieszycie?
– Nigdzie. Po prostu jak zjeżdżaliśmy z górki, samochód się rozpędził pomimo ustawionego tempomatu – starałem się wytłumaczyć sytuację.
– Ok, ale na koniec dnia to ty jesteś kierowcą a nie tempomat, zgadza się? – to chyba pytanie retoryczne, więc jedynie wzruszyłem ramionami. Basia dodała, że jest nam bardzo głupio i przykro, bo nie po to przyjechaliśmy do Stanów, żeby łamać przepisy drogowe.
– Słuchajcie – zaczął policjant – tu jest naprawdę stromo. W okolicach Tahoe jest wielu rowerzystów. Nie chciałbym mieć tu jakiejś tragedii. Uważajcie na drodze, podziwiajcie widoki, ale nie śpieszcie się, ok? – pouczał. – Nie wypiszę Wam mandatu. Zresztą i tak bym nie potrafił – policjant jeszcze raz zerknął na moje dziwne prawo jazdy, po czym oddał dokument i pozwolił nam jechać.

Dodaj komentarz