Na lodach z Quentinem Tarantino

Hollywood – fabryka snów. Tu możesz spotkać George’a Clooneya, gdy uprawia poranny jogging, a Julia Roberts kupuje przed tobą bagietkę w piekarni. Tak to sobie wyobrażaliśmy, ale chcieliśmy zweryfikować, czy rzeczywistość nie jest czasem inna. Konsumując pierwszego amerykańskiego burgera, spytaliśmy kelnerkę, czy często spotykają znanych aktorów.
– Kiedyś widziałam Angelinę Jolie z dziećmi na spacerze – odpowiedziała.
– Ja widziałam Aleca Baldwina – dodała druga.
– A my jesteśmy tu pierwszy dzień i przed chwilą zrobiliśmy z siebie idiotów przed Quentinem Tarantino – powiedziała Basia. Posłuchajcie.

Czytaj dalej

Amerykańscy stróże prawa

Dostaliście wizę amerykańską? Nie, to jedynie promesa, która uprawnia Was do wejścia na pokład samolotu, ale prawdziwy wywiad i weryfikacja następuje już po wylądowaniu w Stanach Zjednoczonych. Trochę się obawialiśmy tej rozmowy, bo zawsze się znajdzie ktoś, kto zna kogoś, kto ma znajomego, który nie otrzymał zgody na przekroczenie granicy i został zawrócony do Polski. Ponieważ sądzimy, ze nie tylko my stresowaliśmy się przed rozmową z amerykańskim celnikiem, poniżej wierna transkrypcja naszej rozmowy.

Czytaj dalej

Łowca nerek

Patrzył na nas dziwnie. Jego wzrok był świdrujący i wprawiał w zakłopotanie. Uprzejmy student prawa, który nie mówił słowa po angielsku. Śpieszył się na egzamin, a z drugiej strony zapraszał nas na kawę. Coś było nie tak, czuliśmy to z Basią oboje. Poznaliśmy się z Ilirem przypadkiem. Próbując dostać się na dworzec autobusowy w Prisztinie, Google podpowiedział nam parking na Garibaldiego (uważajcie – Stacioni i Autobuseve Prishtine to nie to samo co Bus Station). Gdy okazało się, że jesteśmy w złym miejscu, a parkingowy nie potrafi nas zrozumieć, zjawił się on. Wysiadł ze swojej czerwonej Skody Favorit i po serbsku próbował z nami się porozumieć. Tak, pokaże nam drogę na dworzec. A nawet pójdzie z nami. Ok, miły gość.

Czytaj dalej

Prisztina w 1 dzień

Są miasta, które wymagają kompromisów. Ciekawych miejsc jest tak wiele, że nie mieszczą się w programie weekendowego zwiedzania. Z Prisztiną jest odwrotnie. Tu atrakcje są zawoalowane. Na pierwszy rzut oka stolica Kosowa jest niepozorna, ale kontekst najnowszej historii pozwala spojrzeć na ofertę miasta z większym zainteresowaniem. Poniżej subiektywny ranking miejsc wartych zobaczenia w Prisztinie podczas 1-dniowego pobytu (nie wiem, co można tu robić, jeśli przyjeżdżacie na dłużej).

Pomnik „Newborn”

Wysoki na 3 metry i długi na 24 metry pomnik umiejscowiony jest za przystankiem autobusowym. W tle nieciekawe pawilony handlowe. Instalacja z napisem „NEWBORN” postawiona została w 10 dni. Nie brzmi zbyt atrakcyjnie? Nadal brzmi lepiej niż wygląda. Jego odsłonięcie celebrowali w 2008 roku prezydent i premier nowo narodzonego państwa, a wraz z nimi 150 tysięcy mieszkańców Kosowa, czyli przyjechał tu prawie co dziesiąty mieszkaniec kraju lub prawie każdy mieszkaniec dwustutysięcznej Prisztiny. Narodziny narodu, narodziny nowej przyszłości, narodziny nadziei. Prosty anglojęzyczny napis sprzyja licznym interpretacjom, ale bez wątpienia to najbardziej symboliczna atrakcja Prisztiny. Tylko pytanie czemu Kosowo wybrało tak obskurne tło na lokalizację manifestu niepodległości, pozostaje zagadką.

Grand Hotel Pristhina

Prawdopodobnie najbrzydszy i najgorszy hotel świata. Niegdyś 5-gwiazdkowy obiekt, który gościł jugosłowiańskich komunistów z Josipem Tito na czele, jeszcze w 1999 roku pękał w szwach, gdy zagraniczni dziennikarze korespondowali stąd bój Kosowian z Serbami i wejście żołnierzy NATO do Prisztiny po 78 dniach bombardowania. Po uzyskaniu niepodległości popadał stopniowo w ruinę po nieudanej prywatyzacji. Jeszcze w 2016 roku w hotelowym lobby można było znaleźć sklep z pamiątkami dla nielicznych turystów. Gdy na przełomie 2017 i 2018 roku odwiedził go dziennikarz „New York Times”, był jedynym gościem tego molocha z 500 pokojami. Menadżer obiektu, Rrahim Razli dziwił się, że klienci wybierają inne miejsca: „Może nie zasługuje już na 5 gwiazdek, ale po małym make-upie może być symbolem sukcesu”. Nie minęło kilka tygodni od tych słów, gdy odwiedzaliśmy z Basią Prisztinę. Hotel był już nieczynny, a jego olbrzymi gmach straszył jedynie przechodniów, spacerujących po reprezentacyjnym deptaku Prisztiny – bulwarze Matki Teresy. Prezydent Kosowa bronił w swoisty sposób renomy obiektu: „Nie sądzę, że to najgorszy hotel na świecie…. dlatego że świat jest bardzo duży”.

Bulwar Matki Teresy

Nazwany na cześć najsłynniejszej albańskiej zakonnicy, z pomnikiem albańskiego bohatera narodowego –  Skanderbega, jedyny deptak w mieście umiejscowiony w samym centrum, pozbawia złudzeń, że Kosowianie to odrębny naród. 90% mieszkańców utożsamia się z Albanią i czuje się Albańczykami, a wybór patronów dla ulic czy placów to jedynie potwierdza. Tak czy inaczej bulwar jest przyjemnym miejscem dla spacerowiczów pełnym restauracji, pubów i kawiarni ze świetną kawą za 1€.

Pomnik Billa Clintona

Kosowo oddaje hołd albańskim bohaterom, ale nie zapomina też o swojej najnowszej historii. Niepodległość zawdzięcza wojskom NATO, a w bombardowaniach Serbów uczestniczyli przede wszystkim Amerykanie. To dlatego jedna z głównych ulic Prisztiny to bulwar George’a Busha, a przy innej stoi statua Billa Clintona z dumnie powiewającą amerykańską flagą. Wprawdzie to nie jedyny pomnik byłego prezydenta USA na świecie, ale ten ma chyba ciekawszą historię niż monument Clintona jako zapalonego golfisty w irlandzkim Ballybunion w hrabstwie Kerry albo posąg w Rapid City w Dakocie Południowej, gdzie regularnie wznoszone są pomniki kolejnych prezydentów Stanów Zjednoczonych.

Gdzie jeść?

Być może to co najciekawsze w Prisztinie, to świetne restauracje. Polecana jest Soma Book, ale my zdecydowaliśmy się na Liburnię. Umiejscowiona w starej, tradycyjnej chacie, restauracja serwuje znakomite dania kuchni albańskiej. Zresztą, sami zobaczcie.

Gdzie kupić suknię ślubną?

Na koniec warto dodać, że Prisztina nie jest i prawdopodobnie długo nie będzie najpopularniejszym kierunkiem turystycznym, ale przyszli nowożeńcy mogą tu zaopatrzyć się w najnowsze kolekcje sukien ślubnych. Lulja to tylko jeden z wielu modnych butików z kreacjami dla przyszłych małżonków.

Na kosowskiej granicy

Prisztina nie jest najpiękniejszą stolicą europejską. Niektórzy powiedzieliby, że w ogóle nie jest miastem stołecznym, bo „Kosowo je Srbija”. My jednak nie mieliśmy specjalnych dylematów – uznaliśmy, że to stolica, skoro polski rząd jako jeden z pierwszych na świecie w lutym 2008 roku uznał niepodległość tego państwa. A skoro tak, chcąc zwiedzić wszystkie stolice państw europejskich – miasto automatycznie trafiło na naszą listę miejsc do odwiedzenia.

Pierwsza próba się nie udała. Pojechaliśmy z dowodami osobistymi, zakładając, że granica macedońsko-kosowska będzie raczej przypominała tę w Nikozji, gdzie celnik w budce na granicy między Cyprem Południowym i Północnym myśli raczej o tym, na jaką plażę ucieknie w weekend przed gorącem, a nie czy ktoś niepowołany przedrze się na „niewłaściwą” stronę Cypru. W Kosowie nie ma plaż, więc celnicy podchodzą do pracy poważniej.

– Gdzie Wasze paszporty?

– W Polsce. Ale mamy, naprawdę, proszę nam wierzyć. Poza tym na stronie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych była informacja, że do Kosowa można z dowodem osobistym wjechać – pomimo tak przekonujących argumentów ciemnowłosa celniczka pozostawała niewzruszona. Wtedy przypomniałem sobie o wizycie w Dubrowniku kilka lat wcześniej. Na granicy między Chorwacją a Bośnią i Hercegowiną bośniacki celnik poprosił o Zieloną Kartę, której oczywiście nie posiadaliśmy, bo plan podróży nie przewidywał wizyty w Dubrowniku. Przekonaliśmy go jednak, żeby nas wpuścił na teren Bośni, tłumacząc, że bez przesady – od powrotu na teren Chorwacji dzieli nas tylko 9 kilometrów i że bierzemy ryzyko na siebie. Do dziś nie wiem, jak to możliwe, ale po chwili zawahania stwierdził:

– No dobra, jedźcie.

Na kosowskiej granicy nasze argumenty, że jedziemy tylko na parę godzin nie zadziałały. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nasz rząd miał rację, uznając niepodległość tego dzielnego kraju. Państwo, które strzeże granic niczym polska straż graniczna swoich lewych interesów w Bieszczadach (nie oskarżam, ale oglądałem „Watahę”, więc co nieco wiem na ten temat), musi zasługiwać na niepodległość.

– Dobra, Polaki. Muszę was tu zostawić – z letargu wyrwał nas kierowca autobusu do Prisztiny.

– I co teraz? Jest tu jakiś autobus powrotny do Skopje?

– To jest granica a nie przystanek autobusowy. Ludzie zwykle mają przy sobie dokumenty – próbował odpowiedzieć kierowca, ale ze względu na barierę językową wzruszył jedynie ramionami. Marcin i Marta, którzy podróżowali z nami do Kosowa, pomachali do nas z autobusu i ruszyli w dalszą podróż. My odwróciliśmy się na pięcie i ruszyliśmy pieszo w stronę Skopje. Na szczęście już pierwszy samochód osobowy zatrzymał się, gdy próbowaliśmy złapać stopa.

– Skopje? Pewnie! Wsiadajcie. Zawiozę was. – uff, wsiedliśmy do środka. – Za 5 euro – uzupełnił nasz wybawca.

Gambijska punktualność

Wtorek wieczorem. Wysiadamy z taksówki pod hotelem.
– Che, jeśli chcesz zarobić 400 dalasi za kurs na lotnisko, możesz po nas przyjechać w piątek o 8 wieczorem.
– W piątek o 8, wszystko jasne – odpowiedział przedsiębiorczy taksówkarz.
– Napiszemy Ci smsa z potwierdzeniem czy na pewno o 8, ale Ty też potwierdź, że na pewno będziesz.
– OK.

20161220_183329
Piątek, ostatni dzień naszych wakacji w Gambii. Wypoczywamy na plaży i rozłożeni na leżakach popijamy JelBrew, lokalne piwo. Rozleniwiony przypominam sobie, że mieliśmy potwierdzić Che, że chcemy, żeby nas zabrał na lotnisko.
Piszę więc smsa z pytaniem, czy może przyjechać po nas o 9 wieczorem.
Godzinę później ktoś idzie plażą w naszym kierunku. Im bliżej nas, tym bardziej wydaje nam się to niewiarygodne. Che? A co On tu robi?
– Cześć, znalazłem Was – stwierdził z wyraźną ulga. – Dostałem smsa i od razu przyjechałem.
– Ale jak nas znalazłeś? Ta plaża ciągnie się kilometrami, a poza tym skąd wiedziałeś, że tu jesteśmy?
– Z Waszego hotelu. Zapytałem o Was i ktoś z obsługi widział, że poszliście na plażę. Na plaży spytałem się kogoś, czy nie widział pary z Polski i wskazali mi tamtą dwójkę przy brzegu. Myślałem, że to wy ale to nie wy.
– To nie my – przyznałem mu rację.
– Dopiero barman z tej knajpy powiedział mi, że jest tu jeszcze jedna para z Polski. Wiecie, trudno było mi was rozpoznać, bo jak was odwoziłem parę dni temu, było już ciemno.
– Nie szkodzi. Ale nadal nie wiemy, po co tu przyjechałeś?
– No bo napisałeś smsa, więc rzuciłem wszystko i przyjechałem kolejny raz do  hotelu.
– Jak to kolejny raz?
– Byłem już od 6 rano pod Waszym hotelem.
– Ale jak to?!
– Chciałem być punktualnie, ale bałem się korków. Wy biali jesteście bardzo punktualni.
– Dlatego przyjechałeś 14 godzin wcześniej? – z niedowierzaniem zacząłem rozglądać się w poszukiwaniu ukrytej kamery.
– Powiedzieliście, że mam być o 8.
– Ale wieczorem!
– Wieczorem? Wieczoren to jest 20. Ósma to ósma. Dlatego przyjechałem wcześniej i spałem w samochodzie pod hotelem. Obudziła mnie siostra, gdy zadzwoniła do mnie około południa. Spojrzałem na zegarek w telefonie i stwierdziłem że was nie ma, więc pojechałem do domu na obiad.
– Ok, to zaczyna mieć sens. Ale nadal nie rozumiem, po co przyjechałeś teraz?
– Bo dostałem smsa.
– No ale ja napisałem, żebyś był o 21.
– Nie czytałem. Zobaczyłem, że jest wiadomość i nawet obiadu nie zjadłem do końca, tylko od razu wsiadłem do samochodu. Poza tym i tak nie mógłbym Ci odpisać, bo mam zepsuty telefon. Działa, ale smsów nie da się wysłać. Dzwoniłem, ale nie odebrałeś, więc postanowiłem was poszukać.
Spojrzałem na telefon. Faktycznie dwa połączenia nieodebrane. Umówiliśmy się więc z Che, że przyjedzie po nas o 21. Dla pewności powtórzyliśmy godzinę dwukrotnie.

20161223_133754
Che zjawił się w hotelu półtorej godziny przed czasem i z uśmiechem na ustach spytał:
– Patryk, Barbara? Jedziemy?

 

 

Gambia jako szkoła asertywności

Relacje między nami a Gambijczykami porownalibyśmy do relacji między Shrekiem a Osłem – od zaskoczenia że ciągle do nas coś gadają, przez zniecierpliwienie i irytację aż po zrozumienie i sympatię. Przeczytaliśmy gdzieś, że Gambia to koszmar dla introwertyków. To prawda. Tu nie da się przejść spokojnie – każdy chce porozmawiać, zapytać skąd jesteśmy i co sądzimy o „uśmiechniętym wybrzeżu Afryki”. Większość pyta bezinteresownie, choć im bliżej hotelowych resortów, tym bardziej widzą w nas chodzący bankomat i próbują na coś namówić – na lokalne pamiątki, owoce, soki, lub oferują, że zostaną naszymi przewodnikami i pokażą okolicę. Trzeba nauczyć się odmawiać i kończyć pogawędkę w odpowiednim czasie (to ten wyczuwalny moment gdy rozmowa zaczyna Was męczyć a rozmówca irytować), bo inaczej nie zaznacie spokoju.

20161219_144320
Pod koniec pierwszego dnia, gdy jeszcze brakowało nam asertywności, Basia stwierdziła, że te wakacje to będzie prawdziwy koszmar i nie ruszy się z hotelu. Nauczyliśmy się jednak jak tu funkcjonować, żeby nie tylko nie być nagabywanym na każdym kroku, ale też zyskać sobie szacunek miejscowych a przede wszystkim spędzić świetne wakacje.

20161219_132246
Jeśli wybierzecie się kiedyś do Gambii, skorzystajcie z naszych rad:
1. Nie mówcie, że dopiero przyjechaliście – unikniecie sytuacji, gdy w oczach Waszego rozmówcy pojawi się przyszła fortuna, którą zamierza zarobić na Waszej naiwności wynikającej z braku doświadczenia w Gambii.
2. Przejmujcie inicjatywę – najlepszą obroną jest atak. Sami pytajcie co słychać, z kim macie przyjemność rozmawiać i niepytani dzielcie się wrażeniami z wakacji. Nagabywacze są przyzwyczajeni, że ich słuchacie, a nie że sami są zmuszani do słuchania. Przejmując inicjatywę, zmuszacie ich do zmiany zaplanowanego skryptu rozmowy.
3. Zbaczajcie z utartych turystycznych szlaków. Im dalej od Kotu Beach, tym mniej ludzi chce na Was zarobić, a więcej po prostu porozmawiać.
4. Powołujcie się na znajomych Gambijczyków, z których usług korzystacie. Za swoją lojalność zyskacie szacunek miejscowych.

20161219_132233
Zaczepił nas ostatnio Yaya i po kilku zdaniach rozmowy, gdy zaczął przekraczać granicę namolności, powiedziałem:
– Yaya, fajnie się z Tobą rozmawia i doceniamy, że masz imię jak ten piłkarz Yaya Touré, ale na nic nas nie namówisz. Pieniądze wymienia nam Salmana, soki sprzedaje Couple, owoce Kumba, a pamiątki rzeźbi nam Ali Sow.
– Nie macie jeszcze lokalnego przewodnika – zwietrzył swoją szansę Yaya.
– Nie mamy i nie chcemy mieć. Po co mamy zwiedzać z biurem podróży lub nawet lokalnym przewodnikiem? W ten sposób nie poznamy prawdziwej Gambii. Byliśmy już bez przewodnika w Kachikally Crocodile Pool, gdzie szliśmy pieszo 7 kilometrów z centrum zatłoczonej Serrekundy, po drodze zwiedziliśmy  Bakau, gdzie raczej nie zapuszczają się turyści, w Monkey Park też nie braliśmy przewodnika, choć przy wejściu straszyli nas, że albo się zgubimy albo zaatakują nas groźne czerwone małpki. Do Banjulu wzięliśmy taksówkę, ale na miejscu też chodziliśmy sami. Powiem Ci jeszcze, że… – nie dokończyłem, bo Yaya zrezygnowany mruknął coś w rodzaju „okay” pod nosem i poszedł sobie od nas. Shrek przegadał Osła.

20161219_132340

20161219_143540

Gambijski kodeks honorowy

Lojalność. Wartość, którą Gambijczycy bardzo cenią. Tu działa niepisany kodeks honorowy – jeśli raz zamówisz na plaży sok u jednego z juicemenów, powinieneś u niego kupować soki do końca pobytu. Ta zasada dotyczy wszystkich kupowanych cyklicznie dóbr. Dlatego gdy kupujemy sok, obsługuje nas Couple ze stoiska numer 8. Gdy mamy ochotę na talerz owoców, serwuje nam je zawsze Kumba ze stanowiska numer 2. Dlaczego akurat oni? Tu z kolei obowiązuje reguła pierwszeństwa. Skoro Kumba jako pierwsza zaprosiła nas do swojego kramiku z owocami, nie możemy sprawiać jej później przykrości, kupując owoce gdzie indziej.

20161220_150601
Poszedłem wczoraj wymienić 100 dolarów na dalasi. Po drodze minąłem kilka kiosków Western Union i nie wszedłem do środka, choć kurs wszędzie jest podobny. Naszym „bankierem” jest bowiem Salmana, więc to byłoby nie fair, gdybym wybrał konkurencję tylko dlatego że jest bliżej.
Dzięki tej lojalności Salmana wita mnie z otwartymi ramionami: – Patryk! Jak się masz? Pozdrowienia dla Barbary. Czemu jej nie ma z tobą?
– Jest piękna pogoda, więc Barbara czeka na mnie na plaży.
Czy nie boję się zostawiać Basi samej na afrykańskim wybrzeżu? Jest w dobrych rękach. Couple pewnie przygotowuje dla niej sok z baobabu a z Kumbą, która uwielbia pozować do zdjęć, robią sobie fotki.

20161220_145808

Happy Corner

Zbieramy magnesy na lodówkę z każdego odwiedzanego kraju, choć zdajemy sobie sprawę, że większość z nich jest „made in China”. Magnes z Gambii będzie miał dla nas szczególną wartość, bo to wytwór pracy lokalnego rzeźbiarza, który okazał się kimś więcej niż tylko sprzedawcą pamiątek.
– Cześć młoda paro. To mój sklep, a wszystko co w nim znajdziecie, zrobiłem własnoręcznie – rzekł na powitanie.
– Cześć. A masz magnes na lodówkę z napisem Gambia?
– Nie, ale jeśli dacie mi trochę czasu, to zrobię wam taki magnes, jaki tylko chcecie. Nazywam się Ali. Jak Ali Baba.
– Jestem Patryk a to Barbara.
– O, Santa Barbara, oglądałem. – nie wiemy, o co chodzi, ale w Gambii wszyscy kojarzą jakiś meksykański film o świętej Barbarze i często o nim wspominają, słysząc Basi imię.
Powiedzieliśmy Aliemu, że idziemy głaskać krokodyle i wrócimy do niego za jakiś czas.
Sklepik Aliego Saw „Happy Corner” zlokalizowany jest w Bakau, 100 metrów od wejścia na teren Kachikally Crocodile Pool, świętego miejsca dla Gambijczykow. Podobno  lokalne kobiety oblewają się wodą ze stawu, gdy nie mogą zajść w ciążę i 9 miesięcy później rodzą. Żyje tu około 100 krokodyli, które codziennie zjadają olbrzymie ilości ryb, dzięki czemu są tak rozleniwione, że można je dotykać bez ryzyka utraty ręki.
– Jak się macie? – spytał przewodnik po krokodylim królestwie, którym ku naszemu zdziwieniu okazał się poznany 2 dni wcześniej handlarz z Albert Marketu (ten sam który współczuł nam sytuacji politycznej w Polsce). Skoro facet zmienia pracę co dwa dni, spodziewamy się go jeszcze spotkać na plaży w roli sprzedawcy świeżo wyciskanych soków albo kelnera w restauracji. Mężczyzna klepnął mnie po plecach – chcesz popływać?
– Z krokodylami? Oszalałeś?!
– Żarcik przyjacielu – odpowiedział zgrywus.

20161219_150238
Pogłaskaliśmy więc najgrubszego z krokodyli i wróciliśmy do Aliego, który przygotował w tym czasie dla nas magnesy z napisem The Gambia. Choć szybko dobiliśmy targu z rzeźbiarzem, ten nie pozwolił nam łatwo  odejść. Zaproponował herbatę i poczęstował lokalnymi owocami.
– Jesteście piękną parą i super, że nie spędzacie wakacji, leżąc w hotelowym basenie. Tak nie poznalibyście prawdziwej Gambii. Zanim pójdziecie, chciałbym dać Wam prezent – stwierdził po kilkunastominutowej rozmowie.

screenshot_20161220-173251
Ali wyciągnął dłuto i kawałek drewna i na naszych oczach wyrzeźbił podarunek dla nas, stwierdzając w trakcie swojej pracy: – Biznes jest dobry, bo pozwala zarobić na życie, ale sprawianie radości innym ludziom jest cenniejsze.
Po skończonej pracy Ali nie chciał przyjąć od nas pieniędzy, tłumacząc, że to prezent: -Możecie za to powiedzieć o moim sklepie przyjaciołom w Polsce. Mogę wyrzeźbić, co tylko będą chcieli i zrobię to tanio, bo jestem jednocześnie producentem i sprzedawcą.

20161219_153722
No to mówimy: jeśli będziecie w Gambii, na pewno wybierzecie się do Bakau zobaczyć krokodyle. Nie zapomnijcie wtedy zapytać o Aliego Sow i jego „Happy Corner” (nie szukajcie szyldu – nazwa jest napisana na ścianie sklepu).

20161220_104242

 

The Gambia food experience

Do Gambii przylecielismy czarterem Travel Service. Polecamy tę linię lotniczą osobom, które są na diecie. Przewoźnik mimo blisko 10 godzin podróży nie oferuje bezpłatnie żadnego posiłku, a sprzedawane wrapy i kanapki są w najlepszym razie bezsmakowym zabijaczem głodu. W efekcie przylecielismy bardzo glodni i spragnieni, więc byliśmy skłonni zamówić w hotelowej restauracji doslownie cokolwiek.
– Kuchnia nieczynna. Już po 21 – zapowiedział barman – ale mogę Wam puścić jakąś muzykę.  – Niestety Bob Marley i lokalne piwo nie zaspokoily potrzeb naszych żołądkow.
Nasz przyjaciel z baru jednak bardzo się przejął i pomimo nieobecności kucharza postanowił zaserwowac nam lokalny przysmak.
– To będzie dla Was nowe doświadczenie, The Gambia experience – powiedział, rozbudzajac tylko nasz apetyt – będziecie zamawiać to danie na każde śniadanie – zachwalal swoją potrawę z pełnym przekonaniem.
Po tym wstępie spodziewaliśmy się wszystkiego tylko nie tego, że
15 minut później przed nami znajdzie się… chleb z masłem i ugotowanymi ziemniakami przyprawiony solą, pieprzem i toną majonezu oraz keczupu.
– The Gambia food experience. Smacznego!
Zjedliśmy. Głód nie wybiera.

20161217_213959